zabojcybazantowSkandynawskie obrazy z pogranicza kryminału i thrilleru przyzwyczaiły nas do tego, że trzymają wysoki poziom przyciągając nas swoim mrocznym klimatem oraz niesamowitym realizmem. Ale wysoko postawiona poprzeczka zobowiązuje. Idąc więc na najnowszy film z tej kategorii – duńską produkcję „Zabójcy Bażantów” Mikkela Nørgaarda – oczekiwałam świetnie zrealizowanego i trzymającego w napięciu obrazu. Co zaś dostałam?

Produkcji Nørgaarda na pewno nie można odmówić cech typowych dla tego gatunku. Mamy tu dwójkę policjantów ze specjalnego Departamentu Q rozwiązujących sprawę morderstwa sprzed 20 lat oraz zamieszane  w to tzw. elity – ludzi pochodzących z bogatych i wpływowych rodzin.  Mamy również wyróżniający się charakter kobiecy – Kimmie Lassen, niegdyś oprawczynię, dziś natomiast ofiarę. Niestety do pełnokrwistego, skandynawskiego kryminału trochę tu brakuje.

Ciężko powiedzieć, że kryminalni Carl Mørck (w tej roli Nikolaj Lie Kaas) oraz Assad (Fares Fares) rozwiązują zagadkę zbrodni, bo tak naprawdę po kilkunastu minutach filmu wiemy ko jest sprawcą, a dalsza część produkcji sprowadza się do poszukiwania dowodów i próby wsadzenia winnych do więzienia. Tym samym  mało w „Zabójcach Bażantów” zaskakujących zwrotów akcji, o rozwiązywaniu łamigłówki razem z policjantami nie wspominając. Scenariusz idzie dosyć utartymi ścieżkami opierając fabułę  na motywie bezkarnych, zdegenerowanych bogaczy posiadających układy. Co również kłuje w oczy to to, że twórca filmu, chcąc zapewne utrzymać tempo wydarzeń, serwuje widzowi daleko idące fabularne uproszczenia, przez co niektóre sceny znacznie tracą na wiarygodności i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że są po prostu mocno naciągane.

Trzeba jednak przyznać, że „Zabójcom bażantów” od początku do końca udaje się utrzymać klimat mrocznego kryminału. Większość akcji rozgrywa się w ponurym otoczeniu i ciemnych przestrzeniach, gdzie nie brak m.in. kurzu policyjnych akt czy papierosowego dymu, a niejednokrotnie do wielu wydarzeń dochodzi pod osłoną nocy. W filmie jest też brutalnie – obrazy bijatyk, tryskającej krwi i gwałtów nie są rzadkie i choć pewnie mogą odstraszyć co wrażliwszego widza to świetnie wpisują się w całość produkcji.

Aktorsko również nie jest najgorzej. Z dwójki policjantów Carla i Assada to ten pierwszy wiedzie prym na ekranie, choć grający go Nikolaj Lie Kaas irytuje nieco mimiką człowieka wiecznie zmęczonego życiem. Zdecydowanie uwagę przykuwa natomiast Pilou Asbæk wcielający się w postać Ditleva Prama – lokalnego milionera oraz Danica Curcic jako Kimmie Lassen.

W ogólnym rozrachunku „Zabójcy Bażantów” wypadają więc po prostu przyzwoicie. Koniec końców uproszczenia fabularne reżyser Mikkel Nørgaard rekompemsuje nam tempem akcji i zbudowanym nastrojem. O ile więc przymkniemy oko na niedociągnięcia produkcji to dwie godzinny spędzone w kinie będą dla nas wciągającą rozrywką.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
niepamiec
Niepamięć – recenzja
triszna
Triszna. Pragnienie miłości – recenzja
goracytowar
Gorący towar – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*