zmiloscidoPaul Andrew Williams filmem „Z miłości do…” (org. „Song for Marion” – jakże piękne tłumaczenie!) podejmuje temat, który jest ostatnio wyławiany z kinowych głębin. Bo żeby mówić o miłości nie trzeba mieć 20 lat, figury nastolatki i całego życia przed sobą. Tu miłość do grobowej deski nabiera zupełnie innego zabarwienia.

Wprowadzając nas w historię reżyser od razu pokazuje, że nie będzie to wyzuta z emocji historia z wielkim happy endem. Bohaterów poznajemy w obliczu trudnych życiowych przeżyć związanych z nieuleczalną chorobą. Marion (Vanessa Redgrave), mimo cierpienia z nią związaną, nie daje zepchnąć swojego życia na dalszy plan i z całym poświęceniem angażuje się w pracę chóru o mocno emerytalnej średniej wieku, prowadzonego przez młodą nauczycielkę muzyki (Gemma Arterton). Tuż u boku chorej stoi kochająca rodzina – syn, który darzy matkę całkowitym uwielbieniem i mąż, dla którego jest całym światem. Dosłownie. Arthur (Terence Stamp), mąż Marion, nie jest w stanie wpuścić do swojego życia nikogo poza nią. Mimo radości jaką niesie w sobie Marion, Arthur woli pogrążać się w swoim zgorzknieniu i postrzegać wszelkie pomysły z perspektywy wygłupów, które mogą go jedynie ośmieszyć. Zdając sobie sprawę z tego, że Marion może odejść w każdym momencie będzie musiał zmierzyć się z koniecznością znalezienia sobie nowego miejsca w życiu i być może zmiany samego siebie.

„Z miłości do…” budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony film może do głębi poruszyć. Są momenty, kiedy śmiech sam ciśnie się na usta, są i takie, gdy do oczu napływają łzy. Miłość między Marion a Arthurem zachwyca swym autentyzmem. Reżyser doskonale pokazał, że polega ona na czymś innym niż na efektownych wzlotach. Czułość pomiędzy tym dwojgiem starszych ludzi jest czymś o czym marzy w życiu każdy. Mimo upływu lat oni nadal patrzą na siebie jak zakochane małolaty, przy czym jest to uczucie tak bardzo dojrzałe i spełnione, że nie mamy wątpliwości co do tego, że ta dwójka była sobie po prostu w życiu przeznaczona. Duet Stamp-Redgrave stworzył niezwykłą ekranową więź, pokazując 100% kunszt aktorski. Vanessa Redrave zachwyca swoją rolą w całej rozciągłości. Mimo trudnego położenia bohaterki, nadała swojej postaci niesamowitej lekkości. Jest trochę jak promyk słońca, wnosi energię i nadzieję, a przede wszystkim ogromną pokorę wobec kolei losu i życia, takiego jakim jest. Natomiast Terence Stamp ze swoją chmurną miną i nastroszonymi brwiami wygląda jakby doskonale czuł się w skórze zamkniętego Arthura. Ebenezer Scrooge w najlepszym wydaniu. Całości dopełnia Gemma Arterton, która sprawiła, że Elisabeth po prostu nie da się nie lubić.

Teraz czas na to, co w tym filmie nienajlepsze. Niby od początku spodziewamy się, że Mr Hyde musi przeistoczyć się w Dr Jekyll’a. Problem w tym, że jest to zmiana stanowiąca zupełne przeciwieństwo dla autentyczności uczucia między Marion a Arthurem. W momencie kiedy główny bohater wstępuje do chóru, a na moment staje się nawet prowodyrem zagrzewającym całą trupę do walki, chce się powiedzieć, że coś tu po prostu nie gra. Zimny i zamknięty Arthur w jednym momencie zamienia się w walczącego o uczucia człowieka. Zabrakło tu pomostu między tymi dwiema osobowościami. Widzowi nie dane było poznać wewnętrznej walki Arthura, został postawiony przed faktem dokonanym. Na to nałożyły się dość tanie i oklepane zagrywki scenariuszowe, które miały utrzymać stan wzruszenia z początkowych minut filmu. Motyw festiwalu i niezrozumienia u jurorów kojarzy mi się trochę z disneyowskimi produkcjami, w których młody zdolny jest oczywiście niezrozumiany przez cały świat, po czym jednak dostaje swoją wielką szansę. Niby ubrane to w trochę ładniejsze opakowanie, ale jednak motyw nadal ten sam. Niesmaczne.

„Z miłości do…” nadal jednak tworzy opowieść, której warto poświęcić uwagę. Historia opowiedziana w łatwiejszy sposób niż w „Amour” niesie ze sobą tą samą wartość. Pokazuje siłę uczucia, prawdziwego uczucia. Za razem jest to obraz o jasnym przekazie carpe diem, podanym w tak radosny sposób, że przyznam, iż sama życzyłabym sobie takiej rock’n’rollowej radości na stare lata. Zwłaszcza u nas w kraju, gdzie nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że emerytura to jednak nadal życie. Film osiągnął więc chyba swój cel – poruszył. A świadectwem niech będzie popłakiwanie na sali kinowej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
debiutanci
Debiutanci – recenzja
kedi
Kedi – sekretne życie kotów – recenzja
django
Django – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*