zywe19 kwietnia na ekranach polskich kin, pojawiło się najnowsze dzieło Krzysztofa Łukaszewicza Żywie Biełaruś!. Reżyser ten już swoim debiutem w 2010 roku udowodnił, że lubi podejmować trudne tematy. Jego Lincz był bowiem inspirowany tragicznymi wydarzeniami z Włodowa, gdzie mieszkańcy dopuścili się samosądu. Film został dobrze odebrany przez publiczność i krytyków. Czy podobne uznanie zdobędzie jego najnowszy obraz?

Bohaterem filmu jest młody frontman zespołu muzycznego „Forza” Miron Zacharka (Dźmitry Vinsent Papko). Ze względu na swoją rzekomą anty państwową twórczość chłopak zostaje wcielony do wojska, gdzie ma zostać poddany procesowi resocjalizacji. Rzekomą, ponieważ tak naprawdę nie chciał on działać na szkodę systemu, wręcz przeciwnie, nawoływał tłumy na swoich koncertach do zaprzestania anty politycznych agitacji. On swoje, władza swoje. Miron w trakcie służby wielokrotnie był poniżany, bity i przede wszystkim zmuszany do zmiany swoich poglądów. Wszelkie próby złamania Mirona, skutkowały jedynie tym, że umacniał się w swoich przekonaniach. W rezultacie stał się bohaterem Białorusinów, którzy także nie godzili się na reżim Łukaszenki.

Łukaszewicz swoją produkcją dokumentuje wszystko to, o czym powszechnie wiadomo. Wielokrotnie przecież w telewizji Białoruś, jawi się, jako kraj, który nie ma wiele wspólnego ze współczesnym europejskim państwem. Dyktatura, tyrania, komunizm – te hasła najczęściej przejawiają się w informacyjnych przekazach. Trochę więc szkoda, że reżyser z „klapkami na oczach” kroczy przez niewolniczą ścieżkę – ukazuje on tylko jedną stronę, która ma wyłącznie czarną barwę. Próbując wziąć w obronę twórców można by odnieść się do faktu, że współtwórca scenariusza, czyli Franak Viacorka sam był ofiarą prześladowania władz. Szerzej odniósł się on do tej historii w dokumencie Mirosława Dembińskiego Lekcja białoruskiego. Pamiętać trzeba jednak, że dzieło Łukaszewicza to nie film dokumentalny, a fabuła, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami (z życia Viacorka właśnie). Z tego względu twórcy śmiało mogli pokusić się o pokazanie lepszej strony państwa ze stolicą w Mińsku – ten zabieg uatrakcyjniłby tę opowieść.

Skoro już o ulepszaniu mowa, pierwszoplanową postacią na ekranie jest rockman, widz może więc oczekiwać dużej dawki porządnej muzyki z tego właśnie gatunku. Niestety, ten aspekt nie został w pełni wykorzystany – osobiście się zawiodłem. Wprawdzie podczas projekcji słychać kilka całkiem zgrabnych utworów, w tym zdecydowanie najlepszy ”Krainy niama”, ale na blisko dwie godziny filmu kilka, to za mało. Wspomniana przeze mnie ballada, mimo iż jest w mniejszości, odgrywa w filmie Łukaszewicza niezwykle symboliczną rolę. Niesie za sobą ważną treść, która podkreśla opowiadaną historię i diagnozuje sytuację panującą u naszych wschodnich sąsiadów. Głosi ona mniej więcej, że dla żołnierza kraj jest wojną, dla satanisty trumną, ale dla większości kraju w ogóle nie ma. To straszne i przytłaczające, ale po upadku ZSRR w tym państwie rzeczywiście wiele się nie zmieniło i można rzec, że ono nie istnieje. Obraz jednostki wojskowej, z popiersiem Lenina w centrum idealnie odzwierciedla te słowa.

Być może właśnie ta niewygodna interpretacja spowodowała, że Żywie Biełaruś! w kraju Łukaszenki został umieszczony na liście filmów zakazanych. Odtwórca głównej roli także nie ma czego szukać w swojej ojczyźnie – ma zakaz powrotu. Swoją drogą młody zasługuje na gratulacje. Jego filmowy debiut zdecydowanie można zaliczyć do udanych. Plus należy się także Karolinie Gruszce, która w kilku scenach pokazała kawał porządnego aktorstwa – wydaje się, że inspirowała się Krystyną Jandą z Przesłuchania. Twórczość Bugajskiego z pewnością nie jest także obca Łukaszewiczowi, bowiem kilka fragmentów ewidentnie zostało zapożyczonych z jego najsłynniejszego filmu właśnie. Ośmielę się stwierdzić, że Żywie Biełaruś! garściami czerpie z osiągnięć polskiej kinematografii – w jaki sposób nie będę jednak zdradzał.

Nowe dzieło Łukaszewicza ogląda się całkiem dobrze. Patrząc jednak na nie w ujęciu całościowym stwierdzam, że niektóre wątki zostały jakby przeciągnięte, czy niedokończone. Szkoda też, że twórcy kurczowo trzymali się schematu, opierającego się na stwierdzeniu, że na Białorusi jest tylko źle. Cóż, propaganda kinu nie służy, obniża się więc ocena filmu, przez co można stwierdzić, że jest on wyłącznie przeciętny i pozostawia po sobie niedosyt.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
odwrocenizakochani
Odwróceni zakochani – recenzja
paterson
Paterson – recenzja
wallstreet
Wall Street: Pieniądz nie śpi – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*