wrognumerjedenKathryn Bigelow w 2009 roku zaskoczyła cały świat, kiedy jej Hurt Locker. W pułapce wojny okrzyknięto najlepszą produkcją roku podczas rozdania Oscarów. O tym, jak wielce było to niespodziewane niech świadczy fakt, że w Polsce film ten nie pojawił się nawet w dystrybucji kinowej.

Inaczej jest z jej najnowszą produkcją, która również ma szansę na najważniejszą nagrodę amerykańskiego przemysłu filmowego. Jednak nie liczyłbym zbytnio na laur, bo mimo że Wróg numer jeden jest porządnie zrealizowany, to jednak brak mu po prostu tego „czegoś”.

Fabuła filmu znana była wszystkim od pierwszych chwil jego realizacji. Bigelow i scenarzysta Mark Boal chcieli pokazać wieloletnie polowanie na największego wroga Ameryki – Osamę Bin Ladena. Postanowili całą historię opowiedzieć poprzez postać młodej, rudowłosej, agentki o imieniu Maya (w tej roli Jessica Chastain).

Wróg numer jeden rozpoczyna się dwa lata po ataku WTC i od razu „bije widzów po oczach”. Widzimy przesłuchania w tajnym obozie CIA – znęcanie się nad więźniami, próby uzyskania jak największej ilości informacji. Kto jednak myśli, że Bigalow w swojej produkcji poszła w stronę umoralniania – myli się. Po scenach tortur kolejne przeskoki w czasie i gonitwa. Poszukiwania tajnego posłańca i splot przypadków prowadzących do Osamy Bin Ladena.

Tak jak w Hurt Lockerze, tak i we Wrogu numer jeden Kathryn Bigelow jest oszczędna. Nie ma tu przesadnie wiele efektownych scen, a duża ich część rozgrywa się przy biurkach agentów CIA. To co jednak najbardziej mierzi, to częsta powierzchowność – czy to w kontekście pewnych sytuacji (np. Guantanamo) czy po prostu bohaterów. Wydaje się, jakby cały wysiłek spadał tylko na główną bohaterkę, inni to tylko postacie tła niezbędne dla jej poszukiwań.

Reżyserkę należy jednak pochwalić za konsekwencję – w ponad stupięćdziesięciominutowym filmie nie dało się zawrzeć wszystkiego i po prostu musiała wybrać konkretne zdarzenia. Także ponad trzydziestominutowa scena ataku na dom, w którym Osama przebywał jest dla mnie zrozumiałym zamierzeniem. Problem polega na tym, czy widz zgadza się z pewną wizją artystyczną – w tym przypadku niekoniecznie.

Wróg numer jeden to niezłe kino, które niestety nie ma swoje wady, poza wspomnianymi powyżej także nieco dłuży się. Warto podsumować recenzję stwierdzeniem jednego z internautów, która nasuwa kolejne skojarzenia – po obejrzeniu Wroga numer jeden muszę niespodziewanie podwyższyć ocenę Argo. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak Affleck zrobił obraz znacznie lepszy i zdecydowanie ciekawszy.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
slincewzenicie
Słońce w zenicie – recenzja
cyrkcolombia
Cyrk Columbia – recenzja
triszna
Triszna. Pragnienie miłości – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*