wolnystrzelecWłącz kamerę. Trzymaj ręce stabilnie. W dzisiejszych czasach głównym (nieoficjalnym) celem mediów jest przede wszystkim skandal, dramat, tragedia. Jeśli umiejscowić w samym centrum jednostkę ludzką, która cierpi, a w „najlepszym” wypadku umiera – oglądalność murowana.

Starsza kobieta  przy asyście młodszej osoby zostanie przeprowadzona przez ulicę, nieletni, niepełnosprawny człowiek wygra w zawodach sportowych lub umysłowych – nikt tego nie nakręci i nie przedstawi społeczeństwu w porannych wiadomościach. Przyjmijmy jednak, że starsza kobieta zostanie brutalnie uprowadzona przez „życzliwego” przechodnia, małoletnia osoba z ubytkami fizycznymi popełni samobójstwo – na pewno znajdzie się świadek całego zdarzenia, który precyzyjnie i efektownie sfilmuje całe zajście na potrzeby telewizji. Tym kimś będzie nocny łowca z ulic Los Angeles.

Film opowiada historię nieudolnego złodzieja – Lou Bloom’a, który bez powodzenia stara się o legalne zatrudnienie. Przez przypadek bohater staje się świadkiem brutalnego wypadku samochodowego. Jego uwagę przykuwa pewien obcy człowiek, który rejestruje kamerą całą interwencję. Jest krew, jest news. Lou zaopatruje się w sprzęt, zatrudnia mało rozgarniętego partnera i razem wyruszają krwawym szlakiem w poszukiwaniu materiału na poranne wiadomości.
   
Na reżyserskim fotelu zadebiutował scenarzysta – Dan Gilroy, którego twórczość nie jest specjalnie powalająca. Napisał między innymi „Podwójną grę” i „Dziedzictwo Bourne’a”, czyli dzieła, po obejrzeniu których szczęka wciąż pozostaje solidnie zamknięta. Jednak w przypadku „Wolnego strzelca” możemy mówić o małym sukcesie reżysera – scenarzysty. Autor nie spieszy się, dawkuje napięcie, jednak mimo to całość dzieła utrzymana jest w dynamicznej konwencji. Momenty akcji zostały dopieszczone w każdym, najdrobniejszym szczególe. W scenie pościgu idealnie sprawdziłby się nieżyjący od ponad trzydziestu lat Steve „Bullitt” McQueen.



   
Największą siłę filmu stanowią zdjęcia i główna rola męska. Laureat Oscara za film „Aż poleje się krew” – Robert Elswit, po raz kolejny prezentuje widzom wyraziste, żywe obrazy. Nocne Los Angeles okraszone paletą świateł gra w tym przypadku nieco specyficzną, główną rolę, bez udziału której historia straciłaby swój unikalny klimat. Po raz ostatni zdjęcia takiej klasy, ukazujące ciemne oblicze miasta aniołów, mogliśmy podziwiać w dwóch filmach Michaela Manna. Mowa tu o „Gorączce” (1995) i „Zakładniku” (2004).
   
Drugim, największym atutem filmu jest postać Lou Bloom’a, w którego rolę wcielił się Jake Gyllenhaal. Aktor ma na koncie wiele kapitalnych kreacji, spośród których wymienić należy role kowboja – homoseksualisty w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, nieugiętego policjanta patrolującego ostrzejsze rewiry południowego Los Angeles w „Bogach ulicy”, czy skrupulatnego detektywa z tajemniczą przeszłością w „Labiryncie”. W „Wolnym strzelcu” wychudzony Jake Gyllenhaal poszedł nieco wyżej, przez co może zacząć prasować sobie białą koszulę na przyszłoroczne rozdanie Oscarów, które już za trzy miesiące.
   
W głównej mierze film skupia się na mediach, w tym wypadku wiadomościach transmitowanych za pośrednictwem telewizji, ukazuje upadek moralności, a raczej jej brak. Światem reporterów rządzi przemoc, która w oczach sztabu ludzi zajmujących się oprawą wieczornych i porannych newsów jest zwykłym kawałkiem mięsa rzuconym na pożarcie nieświadomym rzeszom odbiorców. Żyjemy w czasach, gdzie cierpienie jest na porządku dziennym, a ludzkie tragedie nie robią na nas szczególnego wrażenia. Cytując Jonathana Pryce’a z osiemnastego filmu o przygodach Jamesa Bonda – „Jutro nie umiera nigdy”: „Nie ma to, jak zła wiadomość!”. Jest krew, jest news.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
hello
Hello! How are you? – recenzja
naskrajujutra
Na skraju jutra – recenzja
duzezlewilki
Duże złe wielki – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*