wenuswfutrze„Wenus w futrze” jest kolejnym filmem przekonującym świat o tym, że Polańskiemu należy się niejedna nagroda za całokształt twórczości. Czy film trzyma poziom? Mało powiedziane. Jest kunsztem samym w sobie. Przeciwnicy Polańskiego na pewno znajdą powody, dla których „Wenus w futrze” można skrytykować, ale miłośnicy jego, specyficznego przecież, klimatu nie mogą czuć się zawiedzeni.

Polański oparł się na broadwayowskiej sztuce Davida Ivesa, która dzięki przenosinom na duży ekran, stała się opowieścią w opowieści, teatrem w kinie. A to sztuka nie mała. To że minimalizm w formie może się skończyć powodzeniem reżyser udowodnił już nie raz. I w tym przypadku, podobnie jak chociażby w „Rzezi”, cała akcja ogranicza się do jednego, zamkniętego pomieszczenia, skąd bohaterowie nie mogą uciec od swoich lęków, pragnień i skrywanych emocji. Taką ucieczkę umożliwia jednak scena teatralna. Ale po kolei. Zanim zaczniemy uciekać powiedzmy jaki jest właściwie punkt wyjścia.

Budynek podrzędnego teatru. W środku scenografia z taniego westernu. Zmęczony reżyser, Thomas, po nieudanym przesłuchaniu rozmawia ze swoją narzeczoną, pakując jednocześnie swoje rzeczy. Poszukiwał odtwórczyni roli Wandy z powieści Leopolda von Sacher-Masocha, której adaptacji się podjął, jednak poziom kandydatek bardzo go zawiódł. Na ostatnią chwilę na salę teatralną wpada spóźniona kandydatka, natrętnie domagając się przesłuchania. Krzykiem i płaczem wymusza na reżyserze, aby się ugiął. I tu zaczyna się zabawa. Akcja filmu zaciera się ze sztuką. Reżyser staje się powieściowym bohaterem, Wanda… pozostaje Wandą.

Interpretacja „Wenus w futrze” mogłaby być materiałem na pokaźną książkę. Jest to tak wielopłaszczyznowy obraz, że każdy gest, każdy przedmiot ma swoją symbolikę. Polański, podobnie jak filmowa Wanda, od początku ma misterny plan, w który wprowadza nas krok po kroku. Tu nic nie jest dziełem przypadku.

Pierwszą nasuwającą się interpretacją jest przedstawienie filmu jako dzieła o niezwykłej namiętności, żądzy obezwładniającej dwoje ludzi. Pasja, która nie zna konwenansów, pragnienia skrywane głęboko pod płaszczem normalności. Przypomina się tu „Miasto kobiet” Felliniego, odsłaniające męskie pragnienia i tęsknoty. Polański, mimo niewątpliwego ładunku erotycznego, umiejętnie operuje tym, co skryte, co niedopowiedziane. W newralgicznych momentach, kiedy napięcie zdaje się sięgać zenitu bohaterowie uciekają niejako w spektakl, nie dopuszczając, aby stało się między nimi coś więcej, ale jednocześnie w sposób o wiele czytelniejszy, dając do zrozumienia jakie targają nimi emocje. Polański przy udziale jedynie dwóch aktorów osiąga lepsze zwroty akcji niż nie jeden thriller.

Jednocześnie film Polańskiego pokazuje bolesny, a zarazem rozkoszny mariaż między autorem a dziełem. Horacjański pomnik przedstawiony jest w „Wenus w futrze” nie tyle jako spuścizna autora, ile jego żywa cząstka. Piętno jakie odciska na samym autorze jego dzieło jest głębsze niż jest on sobie w stanie uświadomić, odsłania go bardziej niż sam by sobie tego życzył.

Sztuką samą w sobie staje się w tym obrazie także kobieta. Kobieta-tyran, kobieta-bogini, kobieta-muza, kobieta-pragnienie. Wanda jest uosobieniem tego, co potocznie nazywamy „szyją kręcącą głową”. Bohaterka narzuca swoją wolę z taką siłą i sprytem, że nie wiadomo już, co jest właściwie pragnieniem mężczyzny, a co jej podpowiedzią. Nie sposób w tym miejscu uciec od osobistych aluzji – Wanda grana jest przez Emmanuelle Seigner, w życiu osobistym żonę Polańskiego, Mathieu Amalric, odgrywający rolę Thomasa jest w tym filmie łudząco podobny do samego reżysera. Film staje się tym samym wielkim hołdem złożonym Seigner, kobiecie, która włada światem Polańskiego.

Patrząc na jej grę nie można się temu dziwić. Film rozpisany na dwie role jest wielkim pokazem sztuki aktorskiej, zarówno ze strony Seigner, jak jej filmowego partnera, Amalric’a. Przez 2 godziny patrzenia na dwójkę ludzi, ani na moment nie zerkamy na zegarek. Doskonałe dzieło, doskonałego autora.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
kwiatwisni
Kwiat wiśni i czerwona fasola – recenzja
musimyporozmawiac
Musimy porozmawiać o Kevinie – recenzja
nocnyposcig
Nocny pościg – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*