weareObrazy, w których muzyka odgrywa główną rolę, mają to do siebie, że mogą zostać łatwo zrealizowane, ale w konsekwencji łatwo zepsute. Filmowcy coraz rzadziej sięgają po tego typu eksperymenty. Na szczęście są produkcje pokroju „Whiplash”, w których sama muzyka jest jedynie pewnym skromnym dopełnieniem, a instrument gra tam pierwsze skrzypce. Jak to się ma do „We Are Your Friends”?

Pomimo tego, iż mamy XXI wiek, spora większość obcujących z muzyką nie do końca uznaje gramofon, a raczej pełen zestaw didżejski, za instrument. Disc Jokey także nie jest traktowany poważnie. W opinii wielu to prosty chłopak z zajawką, a nie jakiś wielki artysta. Nie sztuką jest zaopatrzyć się w dwa adaptery, mikser i kilka płyt. Zrobienie odpowiedniej składanki też nie wydaje się być problemem. Płynne przechodzenie od utworu do utworu, a nawet stworzenie czegoś autorskiego – każdy może się tego nauczyć w krótkim czasie. No właśnie. Czy aby na pewno?

Cole jest młodym didżejem. Granie na imprezach sprawia mu frajdę, jednak jego aspiracje  sięgają dużo wyżej. W pewnej chwili spotyka na swojej drodze Jamesa – żywą legendę clubbingu. To zdarzenie zmienia życie głównego bohatera do tego stopnia, że dostrzega on swoją szansę na sukces. Wszystko układa się po myśli Cole’a, dopóki nie poznaje dziewczyny Jamesa – pięknej Sophie.

W roli głównej oglądamy Zaca Efrona. Aktor już dawno temu pozbył się łatki ładnego chłopca obsadzanego w filmach kierowanych do pryszczatych nastolatek. W „We Are Your Friends” kontynuuje swoją dobrą passę, jednak w dalszym ciągu nie jest to kreacja jego życia. Rola Cole’a to kolejna cegła w długim korytarzu, który jest prawie na ukończeniu. Partnerująca Efronowi Emily Ratajkowski jest tylko bardzo ładnym dodatkiem, który przypadnie do gustu raczej męskiej części widowni.

W rolę Jamesa wcielił się Wes Bentley, niegdyś wielka, młoda nadzieja Hollywood. Jego pamiętna kreacja w „American Beauty” udowodniła, iż jest on utalentowanym i charyzmatycznym aktorem. Niestety do chwili obecnej obsadzany jest w rolach drugoplanowych, a nawet epizodycznych. Rola Jamesa nie wnosi nic nowego do bogatego cv aktora, raczej utwierdza w przekonaniu, że do końca kariery będzie tym „drugim”.

To nie historia i odtwórcy głównych ról są największą siłą filmu. Jest nią sama muzyka. Dostajemy instrukcję, w jaki sposób wygenerować dźwięki, aby odpowiednio ułożone dały finalny, powalający efekt. Muzyka nie jest tylko zlepkiem sztucznych elementów zarejestrowanych za pośrednictwem laptopa czy telefonu. Jest w niej życie, a dźwięki inspirowane są przyrodą, przedmiotami codziennego użytku, a przede wszystkim międzyludzkimi relacjami. To egzystencjalne wyzwania są motorem napędzającym do stworzenia tego jednego, niepowtarzalnego utworu, który otworzy nam drogę do kariery.

Brzmi to nieco pompatycznie, ale to w jaki sposób reżyser – Max Joseph zgrywa pojedynczy dźwięk z poszczególnym obrazem, daje całości absolutne usprawiedliwienie. Jedyne, co budzi lekki niesmak to podejście fanów muzyki elektronicznej do jej słuchania i przeżywania. Bez alkoholu i narkotyków nie ma udanej imprezy, a szkoda.

„We Are Your Friends” zdecydowanie bliżej do „Human Traffic” niż do wcześniej wspomnianego „Whiplash”. Muzyka idealnie współgra z poszczególnymi wątkami, a co najważniejsze jej produkcja wcale nie jest banalna i pusta. Jak to doświadczony James Reed powiedział do początkującego Cole’a Cartera: „Musisz przestać brzmieć jak fan i znaleźć swój styl”. Zaufajcie, w tym cytacie nie chodzi tylko o muzykę.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
AMELIAFinalOne-Sheet
Amelia Earhart – recenzja
kwiatwisni
Kwiat wiśni i czerwona fasola – recenzja
Pavarotti – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*