wpoldrogiW pół drogi to film, który przez 110 minut swego trwania skrapla na policzkach słone krople.

Już od pierwszej sceny, kiedy to główny bohater Frank wraz z żoną Simone siedzą w gabinecie lekarskim, wiemy jak potoczy się historia. On jest śmiertelnie chory, ma guza mózgu, nie ma szans na operację, zostało mu kilka miesięcy. W tym paru okrutnych zdania można opisać jego sytuację. Nie można dodać żadnego „ale”, żadnych „jednak”. To wyrok ostateczny, czego mamy świadomość od początku. Film nie ma wzbudzać nas nadziei na nagły, szczęśliwy zwrot akcji, światełko w tunelu. Wiemy dobrze, co się wydarzy. Musimy tylko wraz z bohaterem dotrzeć do tego punktu. Towarzyszyć mu w czasie umierania.

Andreas Dresem w swoim obrazie tworzy niemalże nie tyle dramat, co film dokumentalny. Zapis video historii śmierci. Co dodatkowo wzmagają krótkie filmiki, które główny bohater kręci iPhonem.

Bo niby wszędzie temat śmierci się wkrada, będąc często i chętnie (jakkolwiek nieodpowiednio ten wyraz, by w tym kontekście nie wybrzmiewał) używany. Ale tutaj nie widzimy żadnej bajkowej historii. Widzimy jak umiera człowiek, jak jest z nim coraz gorzej, jak choroba zniekształca jego charakter, jego zdrowie, jego psychikę i ciało. Jak staje się coraz słabszy. Widzimy uciążliwe i bolesne zmagania rodziny.

Ale wszystko przełamane jest subtelnym żartem. Bardzo bezpretensjonalnym, który nie tyle ma rozśmieszać, co oswaja te brutalną sytuację. Nadawać jej jakieś mniej przeraźliwe kształty. Bo kiedy ośmioletni syn pyta taty, czy ten na pewno umrze, następnie zadaje pytanie czy dostanie wtedy jego iPhone’a. Kiedy Frank ogląda telewizję w programie talk-show bierze udział jego rak. Tak dość absurdalne wstawki, ale mające sprawić, że cała ta choroba stanie się jakoś bardziej naturalna.

Film ten również przedstawia w uderzający sposób dwa bardzo proste i choć znane wszystkim to warte powtórzenia prawdy. Po pierwsze śmierć oczywiście, że jest okrutnym wyrokiem. Przynoszącym jednak pewien ważny paradoks – należy ją traktować jako znak, żeby jak najpełniej korzystać z życia. Po drugie – ze śmiercią trzeba żyć. Kiedy umiera ktoś bliski, choć to w pierwszej chwili niewyobrażalne, świat musi toczyć się dalej, bo świat nie umiera.

W pół drogi to prawdopodobnie jeden z najsmutniejszych filmów, jakie przyszło mi obejrzeć.

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
dawcapamieci
Dawca pamięci – recenzja
cojestgrane
Co jest grane, Davis? – recenzja
czterylwy
Cztery lwy – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*