wkregumilosciJeśli chcecie filmu rozczulającego, ale i okraszonego zadziornością, to obejrzyjcie czym prędzej W kręgu miłości – belgijski dramat, który nie bez powodu szczycić się może nagrodą publiczności z tegorocznego Berlinale.

Z plakatu filmowego spozierają na widza tatuaże pokrywające nagie damskie plecy. Trafny to patent promocyjny (nie mylić z tanią sztuczką), bowiem wprowadza całkiem nieźle w ogólny klimat. Będzie zmysłowo i szaleńczo, delikatnie, ale i brutalnie.

Film Felix Van Groeningen składa się z migawek. Plany czasowe płynnie się na siebie nakładają, mieszają ze sobą, tłumacząc widzowi tragiczność teraźniejszości, poprzez niechronologiczny ciąg wydarzeń. Posiada to znamiona sentymentalizmu i romantyzmu, towarzyszymy Elise (Veerle Baetens) i Didierowi (Johan Heldenbergh) przy pierwszym spotkaniu i kolejnych randkach pełnych uniesień, dzięki czemu przywiązujemy się do nich, mimowolnie zasupłujemy nasze żyły na jeden węzeł, krąg, który nie może się rozerwać. Czas jednak to chytry potwór, który na wszystkie supły ma swoje sposoby.

Tytułowa para ma związek, który mógłby być (o ile jeszcze nie jest) leitmotivem snów wszystkich samotnych albo pozostających w nie do końca satysfakcjonujących związkach. Chemię między nimi można by sprzedawać na słoiki; jest porywiście i uroczo. Kochankowie prowadzą beztroski żywot pełen namiętności, aż pewnego dnia test ciążowy pokazuje pozytywny wynik. Sielanka jednak się nie kończy, dziecko, początkowo nie tyle niechciane, co zdecydowanie nieoczekiwane, okazuje się kolejnym trybikiem, który dopełnia ich miłość. Jako że historie (szczególnie te filmowe) nie mogą w nieskończoność snuć tak wspaniałej fabuły, okazuję się, że ich córeczka Maybelle choruje na raka. On okaże się pożerać nie tylko zdrowie dziewczynki.

W kręgu miłości to dramat, który generuje bardzo dużo silnych emocji, nie tylko pośród swoich postaci, ale i w samych widzach. Oczywiście jest to związane z wykorzystaniem miłości i nienawiści oraz śmiertelnej choroby, ale nawet bazując na takich atrybutach nie zawsze łatwo się obronić. Tutaj natomiast twórcy nie mieli z tym żadnych problemów. W tę historię się wsiąka. Dużo odegrała w tej kwestii muzyka – tłem czy może nawet kolejnym bohaterem jest bluegrass, czyli gatunek muzyczny będący najbardziej czystą odmianą country. To on łączy bohaterów i ich unosi, wprowadza beztroski charakter równoważący ciężkość wydarzeń. Oprócz tego przemyca się ciekawe kwestie dotyczące polityczno-moralnych przesłanek. Historia jest wielowymiarowa, burzliwa, tętniąca różnymi przeżyciami, najczęściej bardzo silnymi, co udziela się oglądającemu, zostaje on wciągnięty w tę historię, uderzony w brzuch po początkowym pocałunku w szyję.

Aktorzy dokładnie wiedzą, co maja robić, jaki wachlarz stanów w sobie wygenerować. Trudno się zresztą dziwić. Johan Heldenbergh jest bowiem twórcą sztuki teatralnej, której W kręgu miłości jest filmową adaptacją. Któż inny zatem mógłby lepiej wiedzieć jak zagrać to należy. Ale Veerle Baetens autentyczności też nie brakuje, kupuje ona zaufanie i uczucie widza już na wstępie.

Nie warto silić się na więcej opisów, W kręgu miłości to konstrukcja naprawdę urzekająca, która warto zobaczyć.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
80_milionw
80 milionów – recenzja
romanbarbarzynca
Roman Barbarzyńca – recenzja
hecawzoo
Heca w ZOO – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*