wimieMałgośka Szumowska to reżyserka, która lubi w swoich filmach podejmować trudne i niewygodne tematy. Po kontrowersyjnym, aczkolwiek mocno przeciętnym Sponsoringu na ekranach polskich kin pojawił się właśnie jej kolejny film, który ma tyleż zwolenników, co przeciwników – W imię…

Adam (Andrzej Chyra) jest kapłanem, dość często (akceptujac przy tym decyzje swych przelozonych) migrujacy  po polskich parafiach. Tym razem kuria przenosi go do miejscowości, o której zapomniał chyba nawet sam Bóg – daleka prowincja znajduje się na peryferiach wielkiego świata, z którego pochodzi wspomniany ksiądz. Nie trudno więc zauważyć,  iż mocno wyróżnia się on od miejscowych – nosi markowe ciuchy, posiada drogi latpop i iphone’a. Te materialne atrybuty Adama kompletnie zaprzeczaja stereptypom, jakich można oczekiwać od ksiedza – skromny, pobożny, wierny przykazaniom. Lecz jest jeszcze coś, co powoduje, że jest on inny niż większość jego parafian – Adam jest homoseksualistą. Podczas „zesłania” poznaje on kilku chłopców, w tym Łukasza „Dynię” (Mateusz Kościukiewicz) – ta znajomość da mu tlen na walkę z dalszymi przeciwnościami.

Po seansie najnowszego filmu Szumowskiej śmiało stwierdzam, że jest, to dzieło traktujące przede wszystkim o wykluczeniu. Początkowa scena, w której młodzi chłopcy naśmiewają się i w wulgarny sposób obrażają upośledzonego chłopaka świadczą o tym bardzo dobrze. Dodatkowo ten fragment ma wymiar antysemicki – rozgrywa się on wśród macew żydowskich, a z ust „oprawców” padają hasła: „Ty Żydzie!”. W tym przywołanym fragmencie najstraszliwszy, jest śmiech tych chłopców – brak jakiegokolwiek zastanowienia nad swymi słowami. W ich oczach bluźnierstwa i wyzwiska sa dodatkiem do dobrej zabawy – czyżby tak wyglądał obraz dzisiejszej polskiej mlłodzieży?  Reżyserka stara się też w ten sposób uświadomić widzom, że Polacy są narodem antysemickim, mimo że sami gorliwie temu zaprzeczaja.

Kolejnym wykluczonym choć na innym polu wydaje się być właśnie ksiądz Adam – mimo, iż żyjemy w XXI wieku, dla wielu osób w Polsce tematu  homoseksualizmu to wciąż dzieło szatana, które trzeba tępić, podobnie jak kwestię in vitro. Dlatego też duchowny kryje w sobie tę „ułomność”,  przez co ogromnie cierpi. Dodatkowo dochodzi jeszcze sprawa wspomnianego statusu materialnego, któy z pewnością kuje wiele osób w oczy. Zresztą w filmie pojawia się właśnie taki motyw, gdzie zarzuca się Adamowi bogactwa – „gdy dzieci w Afryce głodują” – jakie to polskie. Kapłan zresztą staje sie tutaj swoistym zachwianiem schematów dla miejscowej ludności, ale rownież dla widzów – jak to ksiądz zamiast rano odprawiać Sumę… uprawia jogging? Nie studiuje całymi dniami Pisma Świętego, tylko gra z chłopakami w futbol? I co najbardziej nieprawdopodobne, próbuje piwa aby sprawdzić, czy aby nie jest ono „chrzczone”?  I to są właśnie smaczki, które budują cały nastrój i ton tego filmu. Pomocne reżyserce w tworzeniu fabularnej aury są także niedopowiedzenia, które zmuszają widza do myślowego zaangażowania się w tę opowiadaną historię. Wystarczy przywołać fragment, w którym filmowy Adam się onanizuje. Takich niedookreślonych scen jest jeszcze kilka, lecz ostatecznie zostają one jednak wykluczone (niestety) i zmarginalizowane przez zbyt nachalne umieszczanie symboliki w kolejncyh sekwencjach. Szumowska jakby na siłę próbuje uwypuklać współczesne problemy, o których się wszędzie głośno mówi. Tutaj na myśl przede wszystkim przychodzi mi na myśl fragment, w którym kapłan udaje się do kościoła, aby się wyspowiadać z grzechów, lecz uniemożliwia mu to… sprzątanie. Inny przykład – biskup odpowiada swojemu rozmówcy, że „Kościół nie zamiata pewnych spraw pod dywan” – chodzi o wątek pedofilski…

{youtube}wu9rh2ZGq64{youtube}

Zastanawiam się skąd takie rozbieżności geniuszu i słabości u Małgośki Szumowskiej? Co jest powodem tej twórczej niekonsekwencji? Myślę, że problem leży w scenariuszu – może lepiej byłoby gdyby autorka 33 scen z życia pracowała nad nim sama? W przypadku przywołanego filmu (jej autorskie dzieło) ta sztuka się powodioła, w Sponsoringu,  który został napisany wespół z Tine Byrckel już nie było tak kolorowo – W imię… napisane na spółkę z Michałem Englertem również zawodzi. Wspomniany współscenrzysta przy filmie zajmuje się także zdjęciami – czyni to po mistrzowsku. Jego ujęcia są urzekająco piękne, wszystko jest tutaj takie jakie być powinno – gdy trzeba kamera nieruchomieje, innym razem podąża za bohaterami – do pracy operatorskiej i artystycznych ujęć zatem nie można się w ogóle przyczepić. Wystarczy przywołać fragment „zezwierzęcenia” się Adama i Łukasza w polu kukurydzy, bądź jedną z końcowych scen, gdy kapłan w ciemnym, surowym pomieszczeniu leży nago na łóżku, przepasany jedynie białym prześcieradłem. Równie świetna w filmie Szumowskiej jest gra aktorska. Nagrodzony w tym roku na gdyńskim festiwalu za najlepszą pierwszoplanową rolę męską Andrzej Chyra w pełni zasłużył na to wyróżnienie. Mimo luk fabularnych on wciąż gra swoje, od początku do końca wierzy mu się, że jest on właśnie tym wykluczonym i zamkniętym w swojej tajemnicy sługą Bożym. Bezradny wobec siebie, rozgrywający wewnętrzną walkę, wreszcie szukający odkupienia w alkoholu – kunszt aktorski na najwyższym poziomie. Obok niego bardzo interesującą kreację stworzył również Mateusz Kościukiewicz – wykluczony społecznie, nieco upośledzony chłopak, który jak nikt inny rozumie księdza Adama. Fascynujące w tej postaci jest przede wszystkim to, że wypowiada on na ekranie raptem jedno zdanie, lecz jego bycie i zachowania oddają wszystko to, co zostało niedopowiedziane słowami. Obok tej dwójki na ekranie pojawiają się także Maja Ostaszewska, Łukasz Simlat czy Tomasz Schuchardt. Warto również dodać, że dużą rolę w filmie odgrywają naturszczycy, którzy dodają autentyczności opowiadanym wydarzeniom – plus dla Szumowskiej za ich zaangażowanie.

W imię… mimo świetnego pomysłu i zdobycia wielu prestiżowych nagród, w tym w Berlinie, czy Gdyni nie jest w mojej ocenie dziełem wybitnym – posunę się nawet dalej i stwierdzę, że to film po prostu przeciętny. Jest on z pewnością trudny, zmuszający do myślenia a co za tym idzie wymagający dla widowni, lecz z pewnością jego potencjał nie zostal tutaj w pełni wykorzystany. Gdyby trzymać się niedopowiedzeń i zagłębić bardziej w samą postać i jej problemy, można byłoby wyciągnąć z tego obrazu znacznie więcej. Po raz kolejny więc stwierdzam, że Szumowska stworzyła film, który z założenia miał szokować i tyle. Być może krzywdzące są te słowa, ale nie potrafię znaleźć innego wytłumaczenia dla takiego efektu końcowego. Reżyserka to z pewnością osoba bardzo zdolną i ambitna, lecz jestem przekonany, że stać ją na zdecydowanie więcej. Myślę właśnie, że to przez tę nadmierną ambicję artystka niejednokrotnie gubi się w swoich działaniach, czego przykład moze stanowić finałowa scena filmu.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
czwartystopien
Czwarty stopień – recenzja
Pozycja obowiązkowa – recenzja
snajper
Snajper – recenzja
1 Komentarz
  • Dżony
    25 września 2013 at 08:02

    Recenzja tak samo kiepska jak i film 😉

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*