tylkobogNicolas Winding Refn na dobre pożegnał się z Danią. Po zrealizowanych w Wielkiej Brytanii Bronsonie i Valhalli: Mrocznym wojowniku oraz amerykańskim Drive, Duńczyk zabiera nas do Tajlandii. W świecie jarzącym się kolorowymi neonami i brutalnie brudnym jednocześnie, autor trylogii Pusher nie zapomniał o swoim ulubionym bohaterze. Protagonista to ponownie postać z góry stracona, uwięziona, obciążona prywatną klątwą.

Gdzieś pomiędzy popisami tajskiego boksu a kolejnymi, scenicznymi wykonaniami rodzimego repertuaru muzycznego, na ulicach, ale i w podziemiu występnego Bangkoku, rozegra się zbudowana na archetypach, historia o rodzinie i zemście. Julien (w tej roli zastępujący powoli Madsa Mikkelsena, Ryan Gosling) jest obarczony obowiązkiem zemsty na zabójcach starszego brata. Gdy mężczyźnie szybko udaje się namierzyć winnego, rezygnuje z wymierzenia kary, co zmusza zbulwersowaną matkę (Kristin Scott Thomas) do przybycia do stolicy Tajlandii. Refn sprawia nie lada uciechę wszystkim sympatykom psychoanalizy. W tej, utkanej na podobieństwo snu, przypowieści zanurza się w wątki edypalne, podkreśla kazirodczą relację syna z matką, w końcu powrót do jej łona. Julien zdaje się być uwięziony pomiędzy Erosem a Tanatosem. „A Real Hero” z poprzedniego filmu zostaje zastąpiony całkowitą antytezą heroicznej postawy. Postać Goslinga jest impotentem i dzieckiem zarazem. Jednak niech nie zwiedzie nas ekstaza wzmagana zgrabnie przyłożonymi freudowskimi teoriami. Młody reżyser znacznie obniżył loty.

Od ostatniego utworu Duńczyk ucieka nie tylko na poziomie fabuły, ale także języka. Tylko Bóg wybacza bliżej zdecydowanie do medytacyjnego taktu z jego pierwszego zagranicznego filmu – Fear X oraz do zwierzęcej brutalności Bronsona i Valhalli: Mrocznego wojownika. Pojawia się tu jednak zasadnicze pytanie: czy nowa przemoc Refna jest w istocie nowa?

Śmiem twierdzić, że autor, gdzieś w gęstwinach szachowania scenami coraz to bardziej wymyślnych tortur, maniakalnego dopieszczania kadru oraz wewnętrznego nakazu inscenizacji, zgubił nieco swoją historię. Mozolny rytm i minimalizm scenariusza mogą zarówno intrygować, jak i szybko sprawić wrażenie estetycznej wymówki. Oczywiście to uprzejme, że zdołał nam przypomnieć o greenawayowskim obrazie i bergmanowskiej pauzie z towarzyszącym jej całym arsenałem rodzinnych animozji. Niemniej, Refn po raz pierwszy sprawił mi problem. No cóż, nie najgorzej, Nicolasie. Tylko co teraz?

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
fotograf
Fotograf – recenzja
davidchceodleciec
David chce odlecieć – recenzja
domnaweekend
Dom na weekend – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*