testnazycieHistoria, która trąci kiczem i grafomanią, to zdanie najlepiej oddające najnowszy film Chrisa Masona Johnsona Test na życie. Próżno szukać tu wnikliwości, szerokiej perspektywy, ciekawie zrealizowanego tematu, który w kulturze masowej zaczyna być co raz bardziej popularny – mowa tu o chorobie AIDS, jak i „początkach” jej istnienia w ludzkiej samoświadomości.

Akcja filmu osadzona jest w San Francisco lat 80., kiedy wśród ludzi zaczęła narastać panika wobec rozprzestrzeniającego się AIDS. O kolejnych przypadkach zachorowań trąbiono w mediach, wymieniano uwagi na temat możliwych dróg zakażenia, piętnowano środowiska homoseksualne wskazując je za siedlisko wirusa, jak i dyskutowano o teście, który miał wykrywać chorobę. Problematyka ta staje się codziennością głównego bohatera, Frankie’go, który w wolnych chwilach udziela się w – jednej z najsłynniejszych na wybrzeżu – grupie tanecznej. Wycinek życia Frankie’go wykorzystany w filmie ogranicza się do dwóch dylematów. Pierwszy, potraktowany pobocznie dotyczy braków w tanecznym warsztacie, które podkopują jego pewność siebie, natomiast drugi – znacznie wyeksponowany – zawiera się w temacie AIDS. Bohater, homoseksualista, aktywny seksualnie, obawia się, że znajduje się grupie ryzyka. Strach jest tak silny, że bohater boi się wykonać test i przekonać się, co go czeka w przyszłości. I tyle. Cały film to niekończący się ciąg drobnych działań kierowanych ku którejś z możliwości.

Nic nie byłoby w tej historii słabego, gdyby nie operowanie płytkimi stereotypami i skonstruowanie historii w oparciu o zbyt proste w swym odczytaniu metafory. Jak homoseksualista, to tylko tancerz i poligamista, który na każdym kroku natrafia na innych mężczyzn poszukujących przygody i przyjemności. Jak pojawiają się dwie rozbieżne koncepcje na daną kwestię, to osadza się ją w dwóch różnych charakterach bohaterów. Jak pragnie się głębi, to dorzuca się parę ogranych metafor, które z chwilą pojawienia się stają się jasne, a jedyne co wzbudzają to poczucie zażenowania swoją oczywistością. Zdają się być wplecione do historii na siłę. Brak w tym obrazie klarownej puenty, która zamknęłaby historię. Otwarte zakończenie stawiające pytania odnoszące się już do innych problemów zbija z tropu i zostawia z poczuciem zmarnowanego czasu. Za prosto, za schematycznie, wręcz niedojrzale.

Jednak pomimo słabego scenariusza, nie można nie wspomnieć o genialnie uchwyconych scenach tańca, które są jedynym plusem tego obrazu. Statycznie usytuowana kamera wobec dynamicznych tancerzy, czasem spokojnie ich okrążająca, to ideał oddania tego typu scen. Nie ma żadnych przeskoków, szalonych ujęć z kilku perspektyw po sobie, które zamiast zwielokrotniać tempo, zamazują to co się dzieje. Taniec jest przedstawiony z podkreśleniem wszystkich jego mocnych stron, czego – jak wspomniałam wcześniej – nie można powiedzieć o całej historii.

Od tego filmu oczekiwałoby się przekroczenia pewnych granic, złamania tematów tabu, a jedyne co mu się udaje to je zwielokrotnić. Reżyser, ani młodzi aktorzy nie podźwignęli tematu. Wyszła z tego umoralniająca historia, która przez schematyzm bardzo zniechęca i stwarza poczucie niedopracowanej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
super8
Super 8 – recenzja
corobimywukryciu
Co robimy w ukryciu – recenzja
kobietyz6pietra
Kobiety z 6. piętra – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*