komisariatZwariowany komisariat, czyli spektakl od którego można zwariować. Znane nazwiska na teatralnych afiszach przyciągają, ja także dałam się na nie złapać. Czy było warto?

Sobotnie popołudnie Teatr Lutnia urozmaicił spektaklem autorstwa Leszka Kwiatkowskiego (znany także widzom jako producent, granej w Lutni, Andropauzy 2) w doborowej obsadzie. Na łódzkiej scenie pojawili się Jacek Fedorowicz, Wioletta Arlak, Piotr Pręgowski, Piotr Zelt i Maciej Luśnia. Na samej stronie spektaklu znajdziemy zaproszenie na terapię śmiechem i takie też hasło przywita nas już w samym teatrze. Co do terapii wszystko się zgadza. Problem w tym, że to terapia szokowa.

Akcja, o ile można powiedzieć, że taka się zawiązuje, rozgrywa się na komisariacie fikcyjnego miasteczka, którego komendantem jest komisarz Obracaj. W spadku dostaje do pomocy dwóch policjantów – byłego agenta Tomka i radzącego sobie zbyt dobrze z alkoholem aspiranta Warzechę. Próbuje wtłoczyć im pewne podstawowe zasady, m.in. tę, że najbardziej na całym komisariacie policjantom ma się nie podobać żona Obracaja – Ziuta Kwas-Obracaj, która także pełni policyjną służbę. Te nauki zaczynają się od tego, że skoro Warzecha jest mężczyzną nie nazywa się Warzecha, a Warzech, a agent Tomek mając na nazwisko Czarny musi pochodzić z Afryki. Taki smaczek powinien ostrzec widza o dalszym poziomie żartów. Niestety jest to tylko mały wstęp.

Cały spektakl przybiera formę pojedynczych, niezbyt łączących się ze sobą scenek, co w zamierzeniu miało go chyba przybliżać do formy kabaretowej. Jednak kłopot pojawia się w tym, że zarówno kabaret czy też spektakl komediowy, nie wikłając się w konwenanse formy, za podstawowy cel stawiają sobie rozśmieszenie odbiorcy poprzez ukazanie rzeczywistości w bardzo krzywym zwierciadle. Dzięki sztuce widz czuje się tak, jakby sam stał się krzywym zwierciadłem, nie do końca wiedząc czy to jeszcze rzeczywistość czy kompletna abstrakcja. Poziomu żartów pojawiających się na scenie nie da się określić inaczej jak żenujący. Teatr ma to do siebie, że bez znaczenia na to czy wybierzemy się na poważną sztukę dramatyczną, czy na komedię właśnie, ma się ona stać polem do jakiejś polemiki, dyskusji pomiędzy odbiorcami. Tymczasem w tym przypadku, w przerwie spektaklu, można było usłyszeć w foyer komentarze zbliżające się do słowa „chałtura”. I niestety trzeba by się z tym określeniem zgodzić. Co prawda niektórym do śmiechu wystarczy, że ze sceny kilkakrotnie padnie mniej lub bardziej znany wulgaryzm, ale chyba nie takiego poziomu powinniśmy się spodziewać w teatrze. O jakości scenariusza może także świadczyć fakt, że gdyby aktorzy rzeczywiście spożywali na scenie 40% trunki, pod koniec byliby już mocno wstawieni.

Poza mocną dawką nieudanych żartów, wybierając się na ten spektakl przygotujmy się również na niesamowitą ilość erotycznych aluzji, i to tych niezbyt lotnych. Właściwie poza kiepskim żartem, alkoholem i seksem nie znajdzie się tu nic więcej. Nawet jeśli rzeczywistość komisariatu jest zbliżona do takiego zestawu, zdecydowanie wersja przerysowana powinna być o wiele bardziej zabawna. Kiedy jesteśmy przekonani, że już nic nas nie zaskoczy i że osiągnęliśmy absolutne mistrzostwo w uodpornieniu na atakujące nas suchary, na scenie pojawia się, uwaga! uwaga!, dmuchana lalka. Więcej już chyba nie trzeba dodawać.

Zwariowany komisariat, czyli suchar w wersji podwórkowej. Im mniej takiego humoru na polskiej scenie tym lepiej. Aż chce się zapłakać na wspomnienie kabaretu Tey czy innych klasyków.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Contact w Teatrze Wielkim (recenzja + foto)
podniemieckimi
Pod niemieckimi łóżkami – recenzja
romans1akt26
Romans z Czechowem – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*