Najnowsza premiera Teatru Małego w Łodzi, to Tylko miłość (sceny z życia małżeńskiego) autorstwa dramatopisarza Rene Heinersdorffa w reżyserii Mariusza Pilawskiego. Jak można przeczytać na stronie internetowej teatru: „po polskim, amerykańskim, włoskim, francuskim, rosyjskim, angielskim typie komedii nadszedł czas na historię niemiecką”.

Kim są bohaterowie tej opowieści? Mamy dwa małżeństwa, będące w kryzysie wieku średniego. Jeden członek rodziny  oskarża drugiego o zdradę, jak się później okazuje każdy ma jakieś drobne grzeszki na sumieniu.

Scenę otwiera spotkanie dwójki bohaterów – nieproszony gość – nieznajomy o imieniu Grzegorz (Michał Kruk) wtarga do domu niejakiej Danki (Magdalena Drewnowska) i oznajmia, że „Pani mąż sypia z moją żoną”. Już taka informacja powinna wzbudzać jakieś podejrzenia, irytację, wściekłość, kpinę, drwinę, niedowierzanie – cokolwiek. Niestety z twarzy aktorów nie można było wyczytać emocji, które świadczyłyby o jakiejkolwiek reakcji na informację, że współmałżonek „to właśnie Nas zdradza”. Subtelna Drewnowska (choć gra aktorska osobiście nie przekonywała mnie) była powściągliwa i oszczędna w gestach czy intonacji głosu – być może taka postać Danki oryginalnie jest w scenariuszu, tego niestety nie wiem.

Dalszy przebieg historii nabiera jednak barw i robi się coraz ciekawiej, dialogi stają się zabawne, a bohaterowie z minuty na minutę bardziej wyraziści. Po początkowej „drewnianej wręcz scenie” pod kątem gry aktorskiej i płytkiej fabularnie można odetchnąć z ulgą, że całość przedstawienia po upadku podnosi się jednak z kolan.

Przenosimy się do sypialni kolejnych bohaterów, gdzie kochankowie Tomasz (Witold Łuczyński) i Joanna (znakomita wręcz Agnieszka Smolak-Stańczyk) bez żadnych skrupułów zabawiają się w najlepsze. Jak to wśród komedii bywa jedna pomyłka może zaważyć o tym, że wszelkie kłamstwa wyjdą na jaw. On nie wie, że ona wie itp. Typowy czworokąt miłosnych zagrywek.

Heinersdorff korzysta z klasycznych „teatralnych gierek” zawiązując całą intrygę w zgrabną farsę. Grzegorz, podszywając się pod amatora sztuki współczesnej nachodzi Tomasza w jego galerii sztuki, zaczynają się sobie zwierzać z rzeczy osobistych. Nie domyśla się kim może być ów nieznajomy, zaprasza go na kolację. W tym samym czasie nasze bohaterki również się spotykają, okazuję się, że Danka z Joanną są sobie bliskie. Kiedy cała czwórka spotyka się w jednym salonie, każdy udaję, gra na zwłokę, choć do końca nie wiadomo czy faktycznie po tylu niby przypadkowych zbiegów okoliczności, puzzle układają się w całość. Czy bohaterowie faktycznie się nie domyślają, czy tylko udają?

Kiedy wszystko staje się przewidywalne i oczywiste, wrzawa gromkiego śmiechu na sali powoli cichnie, zaczynamy trochę ziewać. Te same, powtarzane żarty, tempo siada, chwila wyciszenia. Wbrew pozorom, to dobrze, jak zapewniał na początku reżyser mamy spektakl odbierać nie tylko w aspekcie komediowym, ale również jest tu jakże istotny wątek psychologiczno-społeczny.

Tylko miłość (sceny z życia małżeńskiego) nie jest błahą farsą. Zadaje wiele istotnych pytań. Czy można zdradę wybaczyć? Z czego ona wynika? Czy każdy z Nas jest winny?

Grzegorz pisząc smsy do swojej żony wyraźnie podkreśla, że miłość jaką ją darzy jest przez „duże M”. W małżeństwie pewne rzeczy staja się rutynowe i nudne, powinniśmy więcej ze sobą spędzać czasu, dbać o siebie, a tak każdy szuka tej niby miłości – chwilowego spełnienia gdzie indziej. Nie warto tracić z oczu tego, czego kochamy.

Początkowo obawy wiązałam z grą aktorów, jednak całość wypadła dość poprawnie. Mariusz Pilawski pokazał nam toczącą się intrygę z dystansem i pewnym przymrużeniem oka w stronę widza – szczególnie mowa tu o finałowej scenie (która była według mnie najlepszą).

Wydaje mi się jednak, że komediowy potencjał sztuki nie do końca został wykorzystany przez aktorów, być może niektóre dialogi były zbyt długie i stawały się niepotrzebnym bełkotem (jak scena Grzegorza, który usprawiedliwia się przed Joanną) sprawiają, że temperatura raz podsycona zaczyna mocno spadać w dół.

Jeszcze dwa małe zastrzeżenia – do dziecięcej butelki, wydaje mi się, że zbędny rekwizyt, jak i do muzyki – niemiecka piosenka nie nadawała tempa akcji, nie była przerywnikiem, który miał dać widzowi refleksje czy wprowadzić romantyczny nastrój, nie pasowała do bohaterów. Także zbędny dodatek.

Flirty i romanse, miłość, zdrada, sceny konfliktu i zazdrości, międzyludzkie relację w czasach współczesnych coraz częstszych kryzysów małżeńskich i refleksja o tym co w życiu najważniejsze – to wszystko znajdziecie w Tylko miłość (sceny z życia małżeńskiego). Sztuce mniej oczywistej, niż na początku może się wydawać.

/autorka recenzji – Ewelina Bałczewska, fot. mat.pras. Beata Michalczyk

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Aj_waj_fot._Piotr_Nadolski_12
Aj Waj! Czyli historie z cynamonem… – recenzja
Madama_Butterfly_01
Madama Butterfly Teatru Wielkiego – recenzja (foto)
PLAKAT_A3_audiencja1
Letnia Scena: Audiencja III, czyli Raj Eskimosów – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*