29 i 30 września w Teatrze im. Stefana Jaracza odbyła się premiera spektaklu. Reżyser – Jacek Orłowski bezbłędnie odzwierciedlił rzeczywistość przedstawioną w dramacie. Całość aż krzyczała minimalizmem. Dzięki czemu sceneria, ani stroje nie odwracały uwagi widza. Istotą całości były bowiem dialogi.

Akcja rozpoczyna się w rocznicę śmierci ojca tytułowych sióstr: Iriny (Paulina Walendziak), Olgi (Anna Sarna) i Maszy (Magdalena Żak) oraz ich brata Andrzeja (Łukasz Stawowczyk). Gdy poznajemy najmłodszą, Irinę, jest ona przepełniona energią, napędzają ją marzenia i nadzieja na lepsze życie w Moskwie. Pragnie jak najszybciej przeprowadzić się do ukochanego miasta. Ma wyidealizowaną wizję pracy. Według niej tylko ona liczy się w życiu. Nie przestaje jednak myśleć o miłości. Wymarzyła, że przyszłego wybranka pozna po przeprowadzce. Masza jest kompletnym przeciwieństwem Iriny. Jest pełna goryczy i cynizmu. Ma 24 lata i od 18 roku życia jest żoną Fiodora (Michał Staszczak). Będąc młoda uważała go za niezwykle inteligentnego i niezwykłego mężczyznę. Jednak szara codzienność małżeńska wyprowadziła ją z błędu. Mąż okazał się być zwykłym gadatliwym przemądrzalcem. Wielokrotnie powtarza, że „jest znudzona”, zaś Fiodor oszukuje samego siebie, wmawiając sobie, że „jest zadowolony”. Najstarsza Olga jest zrównoważoną, samotną kobietą. Realizuje się, pracując jako nauczycielka. Ciągle narzeka na zawód. Jest nim wykończona. Andrzej pragnie spełniać się karierą akademicką. Jest zakochany w Nataszy (Agnieszka Skrzypczak), która wkrótce całkiem zmieni jego życie. Często mówi się tu o przyszłości. Od generała Wierszynina ( Przemysław Kozłowski) wielokrotnie słyszymy o perspektywie lepszych czasów dla następnych  pokoleń. Dużo razy podkreśla jak paskudna jest rzeczywistość i jak cudowne będzie to, co nadejdzie po nas. Charakteryzuje go bierność, postawa filozoficzna,  w której jedynie wyraża swój żal i zero chęci do działania.

Bohaterów poznajemy w pewnym momencie ich życia, każdy z nich ma własne problemy, nadzieje i aspiracje. Różnią się wieloma cechami. Jednak, jak dowiadujemy się w czasie rozwoju akcji, łączy ich jedna cecha. Wszyscy przegrywają walkę z presją prozy życia, która w swoim tempie zabija u nich zapał, do rzeczy, które wcześniej kochali. Spektakl skłania do wielu refleksji nad sobą. Kwestionuje sens istnienia, jakoby życie było tylko chwilowym złudzeniem. Nie przedstawia żadnej pozytywnej perspektywy ludzkiego bytu. Bowiem żadne z marzeń bohaterów się nie spełnia…  „Modus Vivendi”, czyli siła kompromisów – właśnie tak kończy każde z bohaterów.

Spektakl jest ciekawy, lecz długi. Były momenty monotoniczności, ale właśnie w taki sposób prezentuje się oryginał Czechowa.  Dużym plusem jest bardzo ekspresyjna gra aktorska. Na uznanie z pewnością zasługuje początkująca Paulina Walendziak, która bezbłędnie wciela się w Irinę. Myślę, że nawet fakt obsadzenia jej w tej roli dodaje dodatkowych kolorów dramatowi. Michał Staszczak zjawiskowo ukazuje nieszczęśliwy los granego przez siebie bohatera. Sprawia, że widz jednoczy się z nim w jego osobistej tragedii. Całość jest warta zobaczenia. Wybierając się na „Trzy Siostry” nie możemy jednak oczekiwać nagłych zwrotów akcji, czy szalenie wciągających wątków. Po prostu należy przygotować się na prostotę i dwugodzinną burzę myśli. A więc jeśli potrzebujecie szybkiego „wake-up call”, albo po prostu jesteście ciekawi jak wygląda łódzka odsłona jednego z klasyków Antona Czechowa to koniecznie odwiedźcie deski Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi!

/autorka recenzji Dominika Mianowska

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Złodziej w Teatrze Nowym
Kochanowo i okolice w Teatrze Powszechnym – recenzja
Dziady_1_fot._Jakub_Wittchen
XXI MFSPiN: Dziady – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*