Premiera na inaugurację nowej przestrzeni teatralnej. Przedsięwzięcie można rzec karkołomne. Na szczęście Fundacja Kamila Maćkowiaka w dużej części podała wyzwaniu, a „Śmierć i dziewczynę” prezentowaną w połowie stycznia w Monopolis uznać można za dość udaną.

To nie jest łatwa sztuka. W dodatku „napiętnowana” filmową ekranizacją, którą przed laty podjął się Roman Polański. Widzieliśmy wtedy traumatyczną, niezwykle emocjonalną grę Sigourney Weaver i Ben Kinsleya. Tym razem na scenie pojawili się Jowita Budnik i Mariusz Słupiński, których dopełniał Kamil Maćkowiak. Reżyserią zajął się Waldemar Zawodziński.

Ariel Dorfman stworzył psychodrama o kacie i ofierze, oczekiwaniu na zemstę, spełnienie, dochodzeniu do prawdy, a zarazem o fałszywych oskarżeniach i zbyt pochopnym postępowaniu.

Gdzieś – w pewnym, niedookreślonym państwie, z dopiero co raczkującą demokracją, która powstaje na gruzach nacjonalistycznego (raz w sztuce wypowiedziano komunistycznemu) reżimu. On – Gerard – młody, zdolny, wykształcony, przez lata opozycjonista, obecnie mający stanąć na czele komisji ds. zbrodni wojennych. Ona – Paulina – przed laty torturowana za wspieranie ukochanego, przetrzymywana, gwałcona, jednak oddana mu. I ten trzeci – sympatyczny, dość ślamazarny doktor, który w czasie niepogody podrzuca bohatera do jego domu. Osoba, której głos wydaje się nader znajomy, sprzed lat.

„Śmierć i dziewczyna”, jak wspomniałem na początku, sama w sobie nie jest łatwą sztuką i wydaje się, że jakiekolwiek wystawienie jej na scenie będzie zawsze niepełne. Także i wersja Fundacji Kamila Maćkowiaka ma swoje mankamenty – chociażby zbyt jednostajne, chociaż bardzo mocne, nie dające oddechu, emocje na scenie. Nieco dłużyzn i powtórzeń, a przede wszystkim jednak zbytnie eksponowanie roli męża, który jednak powinien być dodatkiem, tłem dla samego dramatu pomiędzy nią i nim – ofiarą i (potencjalnym) katem, który jest tu najważniejszy. Oczywiście może być to nieco czepialskie, ale zawsze warto wytknąć nawet najmniejsze niedociągnięcia.

Dobrze, że zrezygnowano z wątku politycznego i skupiono się na samej winie lub jej braku. Całość zrealizowano porządnie, także scenografia wygląda dość okazale. W dość trudnych rolach odnalazła się cała trójka aktorów, każdy z nich pokazał kunszt, chociaż również każdy z nich grał w nieco inny sposób, mnie osobiście najbardziej przekonał oszczędny, niezbyt ekspresyjny Mariusz Słupiński.

Nie można nie wspomnieć o samej scenie Monopolis, która na ten moment prezentuje się ciekawie i ma dobrą akustykę. Nieco zamieszania wprowadza błędne oznaczenie (nie miejsc, a rzędów) przy wejściu, a także zbyt głośne dźwięki głowic zmieniających światło, ale to się da dość prosto naprawić. Najważniejszy test jednak przed nią – w trakcie koncertów – co pokaże, czy nadaje się na przestrzeń wielofunkcyjną.

/fot. mat.pras. Joanna Jaros

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
kopciuszek3
Kopciuszek w Teatrze Pinokio – recenzja
DSCF1683
Miłość i polityka w Teatrze Małym – recenzja
technika
Technika Punku Świetlnego – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*