zazamknieCo się wydarzy, gdy w jednym pokoju spotkają się trzy osoby, z których każda ma coś strasznego na sumieniu?  O tym właśnie traktuje sztuka „Przy drzwiach zamkniętych” Jean’a-Paul’a Sartre, której sceniczną adaptację możemy oglądać w Teatrze Szwalnia. Francuski egzystencjalista przeprowadził w niej dogłębne studium ludzkich zachowań w skrajnej sytuacji, które w sposób zdumiewająco dojrzały zinterpretowali młodzi aktorzy.

Najpierw widzimy minimalistyczne wnętrze, oszczędną scenografię – trzy łóżka i rzeźbę niczym Henry’ego Moore’a. Jest jeszcze dzwonek, który zaraz przestanie działać i drzwi. To przez nie wchodzą trzy osoby – mężczyzna i dwie kobiety, wprowadzani po kolei… i przenoszą nas w zupełnie inny świat. Garcin, Inez i Stella – każde z nich pochodzi z innego miejsca i toczyło zupełnie inne życie, publicysta literat z Rio, urzędniczka pocztowa i młoda bywalczyni. Łączy ich to, że trafili do wspólnego pokoju nie bez powodu.

Każdy z tej trójki popełnił bowiem przestępstwo. A miejsce, w którym się znaleźli to ich „samoobsługowe” piekło. Jedna osoba jest katem dla dwójki pozostałych, nawet, jeśli tego nie chce. Są na siebie zdani, może już na zawsze. Rozpoczyna się gra, w której każdy chce coś ukryć przed innymi. Kto pierwszy się odezwie, gdy zapadnie wymowna cisza? Krzyknie czy będzie szeptał?  Udaje czy jest szczery? Słowa, które zapadły mi w pamięć, to reakcja na próbę wyrażenia emocji: „Tutaj łzy nie płyną”. To nie jedyna cecha tego osobliwego miejsca, w którym przyszło się znaleźć bohaterom. Nie wiedzą, czy na zewnątrz jest dzień, czy noc. Pozbawieni są lustra, które dałoby im możliwość narcystycznego spojrzenia na samych siebie. Są w labiryncie, nie tylko pokoi i korytarzy, ale przede wszystkim własnych uczuć. Mogą zobaczyć swych bliskich, ale nie mają już na nich żadnego wpływu, co rodzi frustrację. Ich utrapieniem jest fakt, że każdy z nich, również popełniwszy zbrodnię, potrafi rozszyfrować pozory stwarzane przez pozostałych. Próby ucieczki są bezskuteczne. A co się stanie, jeśli drzwi się otworzą? „Piekło to inni”, lecz czy będą potrafili żyć bez siebie?

Spektakl wywarł na mnie ogromne wrażenie. Towarzyszyło mi odczucie, że mam do czynienia z teatrem w czystej postaci. Stworzonym przede wszystkim z pasji. Sprzyja temu kameralność Szwalni, gdzie czwarta ściana jest bliska zburzeniu, a widz ma aktorów na wyciągnięcie ręki. Niewielka widownia tworzy niezwykły klimat tego miejsca. Aktorzy – Ewa Łukasiewicz, Joanna Osyda i Jacek Malarski z nieprawdopodobną ekspresją i prawdziwością wcielili się w swoje role. Wszyscy zasługują na wielkie oklaski i uznanie, ponieważ profesjonalnie udźwignęli tekst, który nie należy do łatwych. Moją uwagę zwróciła spośród nich szczególnie Joanna Osyda, znana szerokiej publiczności jako serialowa „Majka”, która po raz kolejny na łódzkiej scenie (wcześniej „Ożenek” i „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” w Teatrze Studyjnym) udowodniła swój wielki talent. Już samo jej brawurowe wejście na scenę, które widzów o słabszych nerwach może nieźle wystraszyć, zapowiada niezwykle intrygującą postać. Jest ona taką w istocie. Stella w jej wykonaniu to nieobliczalna i skrywająca wiele tajemnic histeryczka.

Gorąco zachęcam do odwiedzenia Szwalni, nie tylko ze względu na możliwość obejrzenia dającego do myślenia spektaklu, ale też na nad wyraz ciepłą atmosferę stworzoną przez pracowników tego teatru. To wspaniała inicjatywa. Nasze miasto potrzebuje takich miejsc.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Mord_fot._Janusz_Szymaski1
“Mord” w Teatrze Nowym – recenzja
IMG_9940
MFSPiN: Buda dla psa – recenzja
IMG_1570
LS 2015: This is not a love song (foto)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*