kkkW programie Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi kolejny już raz znalazł się spektakl Teatru Polskiego w Poznaniu. Między innymi podczas zeszłorocznej edycji mogliśmy zobaczyć Sceny myśliwskie Dolnej Bawarii Grażyny Kani. W tym roku jest to K. duetu Monika Strzępka – Paweł Demirski. Ot nasuwa się skojarzenie, jakoby tegoroczne przedstawienie miało być niczym sceny myśliwskie centralnej Polski, polityczne polowanie na opozycję, kto tym razem zdobędzie władzę, zajmie pozycję, kogo zwolnimy ze stołka, kto wypadnie z gry, z kim trzeba będzie zawrzeć koalicję.

Akcja rozgrywa się w Warszawie, głównie na Wiejskiej, w październiku 2019, w czasie wyborów parlamentarnych. Przed nami długa noc wyborcza pełna agresji, napięcia, walki. Kto tym razem wygra? PiS może PO czy Partia Clownów… wyniki nieustannie się zmieniają (bądź jak niektórzy podejrzewają są zmieniane) i nie są do końca przewidywalne.

Przedstawienie otwiera monolog prezesa Prawa i Sprawiedliwości – postać jest karykaturalna, uwypuklone są największe wady, niejednokrotnie publiczność reaguje śmiechem, który powoli cichnie. Kurtyna się podnosi i zaczyna się polityczna dyskusja, ostra wrzawa, każdy odlicza minuty do ogłoszenia wyników. W tym czasie sfrustrowane, niezadowolone społeczeństwo bojkotuje ulicę, tłum jest pełen agresji, przepełniony przemocą i nienawiścią.

Czy Powiatowa – kobieta z zakrwawionym tasakiem w ręku zabiła kogoś? Czy szuka sprawiedliwości? Nie wie jeszcze  kogo ma ukarać, za całe zło tego świata, kto jest odpowiedzialny za jej niedostateczne życie. Po scenie wędruje z plecakiem turystycznym – symbolizującym ciągłe zmiany w jej życiu (już śpi w pokoju bez okna na starej wersalce, bo na lepsze życie ją nie stać). Kolejną postacią jest hakerka związana z Anonymous, która cały czas jest w sieci, bardziej on niż off. Można odczytywać ją jako głos młodego pokolenia, która nie rozumie polityków, plugawych ludzi w garniturach, krawatach, jest przerażona całym cyrkiem jaki rozgrywa się codziennie w mediach.  Jest przerażona, bo wie, że ponownie nic się nie zmieni, a Tusk z pogardą informuje dziewczynę, że wyjście na ulice, przepychanki, demonstracje nie mają siły przebicia.

Na scenie jest mniej treści i przekazu a więcej gorzkiej konfrontacji Tusk-Kaczyński liberalizm-konserwatyzm, napięcia nawet nie buduje ostra rockowa muzyka czy przerażające kadry z filmów pojawiające się na rzutniku takie jak Egzorcyzmy Emily Rose czy inne obrazy z klasyki gatunku horror. Dążenie do władzy po trupach, diabły i demony. W pewnym momencie wspominana jest przeszłość i rozpoczyna się rozpamiętywanie tego, co działo się na arenie polskiej sceny politycznej po 1989 roku. Widz odnosi wrażenie, że nic się od tamtej pory nie zmieniło, cały czas politycy depczą sobie po piętach i zjadają własny ogon.

Cała władza w rękach tytułowego K., który z jednej strony rozdaje karty, wydaje rozkazy – decyzje,  z drugiej strony cały czas drzemie w nim bezbronne dziecko. Czekając na wyniki przemierza w ciepłych pantoflach rodzinny dom, który dzieli z ukochaną matką. Dom, który jest pełen archaizmów, dobrych i jedynie słusznych obyczajów, przesądów, konserwatywnych poglądów, a matka jest tarczą, pod którą zawsze może się schować.

Uważam, że przedstawienie miało bardzo duży potencjał, który nie został wykorzystany. Choć aktorzy wypadli tu znakomicie, warto by wymienić Marcina Czarnika (prezes PIS)  Jacka Poniedziałka w roli Donalda Tuska, czy świetna w swej roli Barbara Krasińska (matka Prezesów).  Również na plus odbieram element scenografii autorstwa Arka Ślesińskiego  – gigantyczna łysa głowa z rozwścieczoną miną, wybałuszone wielkie oczy i jeszcze większe, szeroko otwarte usta, rozbudzało wyobraźnie skojarzenia z krzykiem apodyktycznej władzy, strachu i gniewu. Mało dobrego niestety można powiedzieć na temat dialogów, które z minuty na minutę stawały się coraz większym bełkotem, przypadkowymi padającymi słowami, jak „przy kotlecie u stryja na imieninach”.

Całość oglądało się dość przewidywalnie i bez większych emocji niczym kolejne obrady sejmu, kolejna nudna debata, może trochę z większym jadem, mięsem i kęsem, ale wszechobecny chaos, powoduje brak skupienia i rzeczy ważne gdzieś umykają. Nie pozostawia widzów z nadzieją na lepsze jutro, nie dał też widzom humoru, gorzkich łez i ciętych żartów. Mógł to być mocny dramat opowiedziany z lekką ironią, politycy w oczach klowna – narratora dziejących się wydarzeń. Jednakże „K” jako całość jest jak, mocno wyczekiwane sylwestrowe fajerwerki, spektakularny pokaz, który okazał się… niewybuchem. Na scenie na pewno nie zabrakło wybuchu, ale paniki czyli w polityce nic nowego, bezskutecznego majdanu końca nie widać.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Boska_komedia_2
Nowa Klasyka Europy: Boska Komedia i Raj – recenzja
federico
Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Federico?
romans1akt26
Romans z Czechowem – recenzja
1 Komentarz
  • Katarzyna
    13 marca 2018 at 21:51

    Bardzo ciekawa recenzja. Zgadzam się z większością tez tutaj zawartych. Odczucia po tym spektaklu miałam podobne do autorki recenzji. Dorzucę jednak coś od siebie – czekaliśmy na te fajerwerki, które – rzeczywiście – okazały się niewybuchem. Nie wiem jednak czy przy obecnej kondycji sceny politycznej byłyby one w ogóle zauważone. I przez kogo?! Przecież przez nas. Nas, bierne już społeczeństwo, które może i próbuje coś zmienić, ale nie ma na to faktycznych szans.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*