lubiewo7a4 lutego w Teatrze Małym w łódzkiej Manufakturze wystąpił gościnnie Teatr Nowy z Krakowa ze spektaklem Lubiewo w reżyserii Piotra Siekluckiego. Inscenizacja powstała na podstawie pierwszej części powieści Michała Witkowskiego o tym samym tytule, ściślej: w oparciu o jej pierwszą część, Księgę ulicy.

Informacje o tym, że reżyser nie mógł początkowo znaleźć aktorów gotowych na to, by przemówić głosem pedałów, wejść w świat gęsty od chujów i kurew, jeszcze bardziej podgrzała atmosferę skandalu, której przecież nie brak. Witkowski kontrowersyjnie nazywa Lubiewo „pamiętnikiem z powstania pedalskiego”.

Bohaterami Lubiewa są dwaj mężczyźni, Patrycja (Edward Kalisz) i Lukrecja (Paweł Sanakiewicz). Nie uważają się za gejów – wymuskany, bezpieczny homoseksualizm to wymysł współczesności. Patrycja i Lukrecja z chlubą nazywają siebie pedałami. Ich seks ma posmak brudu i występku. W nędznym mieszkanku, w PRL-owskim anturażu, podrygują w obcisłych golfikach, odsłaniają pękate brzuszki, poprawiają makijaż. Rozpamiętują lata 70. i 80.: czasy seksualnych uniesień, małych perwersji, sukcesów, ekscesów. Cały Wrocław kwitł od tych potajemnych, pospiesznych schadzek. W obu mężczyznach jeszcze ciągle tli się gorączka, jeszcze ciągle jest w nich pożądanie, jeszcze niesie ich fantazja, jeszcze potrafiliby niejedno. Dla nich tamten czas nie przeminął, łapczywie podchwytują przeszłość. Dla nich ona jest wiecznie żywa, to raj. Dwóch pedałów, wspomnień czar.    

Lubiewo ogląda się świetnie dzięki fantastycznej grze Kalisza i Sanakiewicza, którzy ochoczo wchodzą w role lubieżców, zbereźników– bawią i nie pozwalają o sobie zapomnieć. W komicznych pozach, i wulgaryzmach, mieści się całe wyuzdanie i tęsknota, głód i smutek. Pojawiający się w spektaklu głos Krystyny Czubówny komentuje zachowania bohaterów niczym zwyczaje i  godowe rytuały zwierząt; Patrycja z Lukrecją, niczym stare ptaszydła,  puszą się, stroszą, niespokojnie wypatrując kolejnego kochanka. Głos Czubówny nie służy jednak tylko rozbawieniu, ale potrafi też bardzo chłodno wydobyć całą grozę i dramatyzm ich losów.

joomplu:31198

Sieklucki balansuje właśnie na kontraście – na grotesce i tragedii. Pedalstwo w Polsce jest nadal  egzotyczne, tak jak przekleństwa i trochę nagości na scenie potrafią nadal cieszyć. Niech no rzucą paroma chujami i kurwami, niech no tylko spadnie z pośladków Adonisa wilgotny ręcznik. Już widownia zdąży się odprężyć, wyluzować: śmiechy – chichy, a tu, jak piorun z jasnego nieba, przychodzi gorzki koniec. Wcześniejsze ostrzeżenia, wplatane w ironiczne, dowcipne monologi, w końcu wybrzmiewają dobitnie. Nagle dowiadujemy się, jakie konsekwencje spotkały kompanów Patrycji i Lukrecji. AIDS.

Trochę w Lubiewie burzenia świętości, sięgania po polskie mity, drażnienia czułych punktów. Czasem te zabiegi są, moim zdaniem, nietrafione, jak np. wykorzystanie współczesnego radiowego przeboju Gotye.  Nie przekona mnie argument, że piosenka ta wskazuje na aktualność problemu. Charakter tego utworu nie współgra z wymową spektaklu. Żaden jednak z tych mniej udanych zabiegów nie jest w stanie zepsuć całościowego efektu.  Bo ostatecznie to sztuka, która bawi, aż do momentu, gdy okazuje się, że w tych wszystkich przebierankach, pozach, wygłupach, w przekrzykiwaniu i szarży słownej, jest samotność, strach i ból.

/fot. mat.prom.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
matkajoanna
Matka Joanna w Teatrze Szwalnia – recenzja
Trubadur_26
Trubadur w Teatrze Wielkim – recenzja
KRLESTWO_FOT._RADOSAW_FRK_2
Festiwal Szkół Teatralnych: Królestwo – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*