ll5Trudnego zadania podjęli się studenci Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi, a wyzwaniem ich spektakl dyplomowy w reżyserii Łukasza Kosa. Zaadaptowany tekst Roberta Bolesto jest inspirowany twórczością i życiorysem kultowego autora powieści grozy, z pogranicza fantasy i fantastyki naukowej – Howarda Phillipsa Lovecrafta, to także swoisty pomnik pisarza, wymagający oddania wierności oryginalnego stylu i klimatu pochodzącego od Samotnika z Providence.

Wedle zapowiedzi “LOVECRAFT” miał być śmiałą, w intensywnym tempie prowadzoną podróżą w głąb umysłu rzeczonego pisarza, oscylującego między jawą a snem, a także pasażem w czasoprzestrzeni obłędu i horroru. Podpatrujemy zwieńczone rozstaniem nieudane życie rodzinne spiętego, nieustannie niepokojonego sensorycznie Lovecrafta (w tej roli Michał Styczeń o fizys przypominającym twórcę “mitologii Cthulhu”) i próbującej zwrócić na siebie uwagę żony Soni (Aleksandra Przesław), toczące się w znienawidzonej, warszawskiej kamienicy. Przenosimy się w odwiedziny do krakowskiego mieszkania jego zramolałych ciotek Lilki (Karolina Sawka) i Anny (Sergiusz Olejnik). Potęga wyobraźni Lovecrafta (a może wpływ istot nadprzyrodzonych z innych wymiarów?) prowadzi nas przez kolejne momenty spektaklu usilnie starając się zadziwić, zszokować, chwilami zohydzić. Taka jest teoria, a jak było w praktyce?

l3

Niewątpliwie z desek biła po oczach młodzieńcza energia i żywiołowość, dzięki której z niepokojem śledziło się kolejne sceny umiejętnie odniesionej do naszego rodzimego podwórka historii. Bo gdzie jak nie w brudnych, toczonych smogiem osiedlach wielkich miast można odczuć samotność i obawy głównego bohatera? Odnoszę wrażenie, że to właśnie gra pełna entuzjazmu z powodzeniem zatarła słaby punkt przedstawienia, przecież z początku dało się odczuć delikatne skrępowanie. Na szczęście im później, tym lepiej – mnogość postaci nie podcięła skrzydeł, a właśnie wyzwoliła potencjał drzemiący w młodych aktorach, wzbudzający przyjemny dreszczyk adrenaliny.

l1

Minimalistyczna (bo głównie tekturowa) scenografia w połączeniu z celnie zastosowanymi technicznymi możliwościami: iluminacjami, dźwiękiem, rzutowanym czarno-białym obrazem z kamery w czasie rzeczywistym stworzyły stylistykę jak z niskobudżetowych filmów grozy z końca ubiegłego wieku. Bo to iście lovecraftowskie, by dla rozrywki straszyć czymś nienamacalnym, obrzydzać lepkimi materiami (jak błotna maseczka królująca w przedstawieniu), denerwującymi odgłosami spoza sceny doprowadzić niemal do utraty zdrowia psychicznego (przynajmniej protagonistę). Mimo iż te środki wyrazu zostały przeniesione wprost ze srebrnego ekranu, dobrze odnalazły się na deskach teatru, gdyż w dobie telewizji takie mariaże chyba nie są już w stanie zaskakiwać. Patrząc przez pryzmat sztuki nowoczesnej, proponującej nieoczywiste rozwiązania, “LOVECRAFT” to intrygujący, dość udany spektakl dyplomowy.

/fot.mat.pras. Joanna Miklaszewska-Sierakowska, Alicja Błoch

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
63pippi
Pippi Langstrumpf w Teatrze Nowym – recenzja (foto)
polaroidy_000_b
Polaroidy w Jaraczu – recenzja
IMG_1262
Letnia Scena: Miód… – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*