blazen2

7 dnia miesiąca sierpnia słoneczny eudajmonizm został „obgówniony”. Lecz niech nie piszą o tym gazety, trzeba to, czym prędzej zapomnieć.

Stowarzyszenie Teatralne Badów pokusiło się o filozoficzne wycieczki. Jakiż to był wybór fatalny. Historię św. Franciszka próbowano przedstawić kontrowersyjnie, odmiennie, oryginalnie. Może sam Dario Fo czynił to z łatwością i urzekającym przekąsem (liczę, że literacki Nobel nie powędrował do niego przypadkowo), jednak grupa pod przewodnictwem Piotra Bikonta uczyniła to w sposób ewidentnie trefny i godny politowania.

Teatr nie jest produktem, a tym bardziej produktem elitarnym, przyjemnością, z którą obcować mogą tylko wybrani, pławiąc się przy tym w szlachetnościach, powtarzam to po tysiąckroć. Ale błagam, litości i szacunku dla widza! Czy naprawdę podrzędne telewizyjne kabarety muszą przebijać się z domowych ekranów i rozprzestrzeniać na teatralne deski? Czemu zatraca się plastyczność, nieoczywistość na rzecz rzucania tanimi i niesmacznymi frazami?

Joanna Fidler i Paweł Pabisiak udają bajarzy, aktorów średniowiecznego teatru ludowego. Udają to słowo kluczowe – trąci to wszystko tandetą, niesmakiem, zdumiewającym połączeniem przekombinowania i pójścia na łatwiznę. Postać św. Franciszka ukazana w spektaklu odpycha, ubożeje, odarta ze swych znanych form i sensów nie zyskuje nowego, świeżego wymiaru. Obraz ten ma rzekomo zaskakiwać – owszem, dzieje się tak, ale tylko w znaczeniu pejoratywnym, a chyba tego twórcy nie pragnęli.

Najbardziej fascynuje jednak reakcja publiczności. Ta zanosiła się śmiechem przy każdym, najgorszym nawet gagu, podczas gdy ja do około trzech czwartych spektaklu wierciłam się na krześle z kamienną twarzą. Dało się inaczej – potwierdza to choćby smaczny wątek Jezusa Chrystusa, który w sposób prosty, ale na odpowiednim poziomie, potrafił nieźle poruszyć obszary za uśmiech czy śmiech odpowiedzialne. Ale po co wysiłki i trudy skoro wystarczy opierać się na dowcipach lotów najniższych, bo przecież widzowie nie potrzebują pobudek dostojniejszych, wystarczą im półśrodki, nie liczą na nic więcej.

Błazen Pana Boga oprócz pozornej zabawy nieść miał refleksję, zastanowienie. Może stąd to pretensjonalne i zupełnie odstające od reszty zakończenie, na siłę doprawione patosem i zadumą. Ta końcowa szpileczka ostatecznie potwierdziła nieskładność tworu, jego niedokładność oraz nieschludną fasadowość.

Pozostaje liczyć na większą dozę świadomości i poszanowania na drodze artysta – odbiorca. Bądźmy zobowiązani przed samym sobą, kierujmy się w stronę więcej i bardziej, miast pozostawać w, może i bezpiecznym, ale ciasnym i przaśnym środku.

(Tekst – Małgorzata Pawlak; Grafika – Mat.Prasowe)

Więcej o Letniej Scenie Forum na Plastrze Łódzkim!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
dobrywieczor
Dobry wieczór kawalerski – recenzja
bozemoj
Boże mój! w Teatrze im. Jaracza – recenzja
single-po-japonsku
Single po japońsku – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*