kaskada_1_20110829_1874039155Stara teatralna prawda mówi, że gdy reżyser nie radzi sobie ze spektaklem każe aktorom krzyczeć i biegać w kółko po scenie. Niestety w Kaskadzie aktorzy głownie krzyczą i biegają.

Mieszkanie państwa Popoch, w spektaklu stylizowane na dancing w łódzkiej Kaskadzie. Jona (Mariusz Saniternik) i Lewiwa (Ewa Wichrowska) podsumowują swoje trzydzieści beznadziejnych lat pożycia małżeńskiego. Zarówno on jak i ona czują się niespełnieni. Jednak przez pewien strach wciąż mieszkają razem.  Aż do dziś, dziś może być ta noc, która zakończy się rozstaniem. O ile któreś z nich będzie miało na tyle odwagi aby powiedzieć odchodzę i wyjść. Dziś wspólny taniec może się zakończyć – troszkę pretensjonalne prawda?

Kaskada to dość luźna adaptacja Udręki życia Hanocha Levina. Zbyt luźna. O ile pierwowzór, to utwór z nurtu komedii rodzinnych, to spektakl wystawiany w Teatrze Jaracza uznać trzeba za bełkotliwe nie wiadomo co. Aktorzy przez całe przedstawienie miotają się. Z jednej strony próbują deklamować interesujące dialogi wyjęte żywcem z Levina, z drugiej reżyser każe im wykonywać jakieś dziwaczne figury rodem z teatrów amatorskich. Powoduje to, że zamiast komedii mamy dość nadmuchany balonik, który tylko czeka na to, aż pęknie.

Żal patrzeć na aktorów, których kreacje wyglądają jak zaczerpnięte z innych opowieści. O ile Mariusz Saniternik wysila się i jak zawsze jest klasą dla siebie, czasami dobrze prezentuje się Ewa Wichrowska, to nieporozumieniem jest postać Gunkela w wykonaniu Andrzej Wichrowski. Przypomina skrzyżowanie zabawnego Gargamela z postarzałym Jasiem Fasolą. Aktor dziwacznie wykrzywia twarz i gra tak, jakby to nie był dramat, a spektakl dla dzieci. I może gdyby całość była stylizowana na groteskę byłoby w porządku. Jednak nie jest. I właśnie takich dysonansów mamy niestety wiele – moment naprawdę interesującej opowieści, fragmenty dialogów, monologów, a za chwilę tandetna scena wyjęta z szufladki „amator”. Witać brak równowagi pomiędzy tekstem oryginału i własnymi artystycznymi ambicjami twórcy spektaklu. Całość bije naiwnością i przywołaną wcześniej pretensjonalnością.

Kaskada to teatr amatorski zrealizowany z profesjonalnym rozmachem, z udziałem profesjonalnych aktorów, światła, scenerii. Reżyser, Agnieszka Olsten na siłę chciała udziwnić tekst i nie udźwignęła ciężaru Levina. Po raz pierwszy w Jaraczu widziałem słaby spektakl, była to Kaskada. Na pocieszenie dodam, że całość trwa godzinę (a bez niepotrzebnych wstawek wideo trwałoby z dziesięć minut krócej), więc na szczęście nie długo nieporadnością wiejącą ze sceny dobija zniesmaczonego widza.

Przeczytaj także inne recenzje spektakli teatralnych

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
love
31 FST: Love & Information – recenzja
Contact w Teatrze Wielkim (recenzja + foto)
car2
MFSPiN: Car Samozwaniec – recenzja
6 komentarzy
  • teatroholiczka
    26 września 2011 at 20:57

    Pani „reżyser” Agnieszce O. my już podziękujemy 🙂 pokazała co potrafi (czyli nic). Lepszą reżyserią mogą się pochwalić teatrzyki szkolne…albo nawet przedszkolne! Moim zdaniem „Kaskada” to artystyczna żenada roku! Pomijając genialnych aktorów, którzy niestety musieli w niej zagrać. Nie wiem co chciała zaprezentować Pani Olsten łódzkiej publiczności… pseudowarlikowski bełkot??? – Na Boga… zdejmijcie to coś z jaraczowskiego afisza!!!

  • Justyna
    26 września 2011 at 20:37

    talent Olsten – najlepszy suchar jaki kiedykolwiek usłyszałam… Karol, przyznaj się, że to ty napisałeś ale z takimi bredniami, to do Familiady 😉 Łódź prowincją? Teatr Jaracza nie liczy się na polskiej scenie? no fakt – w końcu posiada jeden z najlepszych zespołów artystycznych…. takie tam, dno… Coś takiego mogła chyba napisać Olsten sama o sobie aby podreperować wszystko to co utraciła robiąc ten badziew w genialnym teatrze. Niech wynosi się do swoich teatrzyków, bo teatrami tego raczej nie nazwę. Jaracz jest na nią ZA DOBRY! za wysoko mierzy i upadła a teraz to tylko tonie. Duda-Gracz, Bogajewska, Grzegorzek – to są nazwiska na miarę wspaniałego teatru. TALENT I KREATYWNOŚĆ PRZODEM, pani Olsten – dziękujemy, pani miejsce gdzie indziej

  • Stefan
    25 września 2011 at 22:30

    Lodz to prowincja. Szkoda talentu Olsten na teatr jaracza i jego widzow. Ludzie tutaj mianem amatorow okreslaja Lupe i Kleczewska, tlumnie wychodzac nl. z ‚Fedry’. Teatr jaracza nie liczy sie na polskiej, ani tym bardziej europejskiej scenie, wiec tak naprawde szkoda czasu Olsten. Lodz i tak jest od 2 dekad pod woda. Razem z dresiarzami, ktorych tu pelno na kazdym rogu. Moze ich zaprosic do teatru?

  • Justyna
    21 września 2011 at 22:02

    ten spektakl to tragedia. Współczuję genialnym aktorom, którzy, nawiasem mówiąc, są bardzo doświadczeni i utalentowani, ale wiadomo – aktor żyje z ról i zagra to, co mu dadzą. Niestety, w tym przypadku Jaracz, a może raczej „reżyserka” zaoferowała aktorom coś tak fatalnego, że nie da się tego opisać słowami, ani nawet gestami. Niektórzy wychodzący widzowie, śmiech pełen żalu i irytacji wielu innych widzów, którzy zdecydowali się jednak zostać do końca i patrzeć na tę klęskę, a zdecydowana większość innych na tymże spektaklu obserwuje „Jaraczowskie tonięcie” po prostu – w smutku, rozczarowaniu i milczeniu. A jeśli Teatr Jaracza idzie na dno, to pójdzie za nim i cała kulturalna Łódź.

  • K&D
    21 września 2011 at 21:57

    tak…to my…przedstawienie było żenujące.nigdy wcześniej nie zdobyliśmy się na tak desperacki krok,jednak ta sztuka nas po prostu odrzuciła brakiem profesjonalizmu reżyserki.aktorzy świetnie maskowali jej brak kunsztu i przeartyzową formę.To jednak nie wystarczyło.Chodzimy do tego teatru od lat…zawsze byliśmy zachwyceni…tym razem nie dało się tego nawet znieść

  • Magdalena
    21 września 2011 at 11:03

    Trudno się nie zgodzić z powyższą recenzją, jest bardzo trafna i oddaje doskonale rozczarowanie widza. Na marginesie dodam, że po raz pierwszy widziałam jak w trakcie spektaklu wychodzili widzowie.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*