Najnowsza propozycja Teatru Małego w Manufakturze zainspirowana jest życiem i twórczością Edith Piaf. Główną rolę powierzono nie tylko aktorce, ale też… lalce.

Edith Piaf jest jedną z najsławniejszych osób pochodzących z Francji. Jej utwory są rozpoznawalne na całym świecie, często wykorzystywane podczas wszelkiego rodzaju przeglądów piosenki, wykonywane na festiwalach, tych mniejszych i tych największych. O Edith powstał film, wiele sztuk teatralnych. Kolejny spektakl możemy oglądać właśnie w Łodzi.

Czy fakt, że temat paryskiej śpiewaczki był tak często eksploatowanym, wpłynął na sztukę przedstawianą w Teatrze Małym? Z pewnością, widz ma bowiem znacznie większe porównanie z innymi produkcjami, a co za tym idzie oczekiwania względem „nowości”. Niestety w przypadku łódzkiej realizacji porównanie to wypada na jej niekorzyść.

Choć trzeba oddać twórcom sprawiedliwość, starali się jak mogli. Rolę Edith powierzyli nie tylko aktorce (Joanna Stasiewicz), ale też lalce, stworzonej przez Andrzeja Tadeusiaka. I lalka rzeczywiście jest znakomita. Trupie, wychudzone dłonie, wysokie czoło, zapadnięte policzki, ogromne, szklane oczy – wszystko to sprawiało, że patrząc na nią, przechodził widza dreszcz. Widziało się Edith w ostatnich dniach jej życia, czuło oddech zbliżającej się kostuchy.

Szkoda natomiast, że główna aktorka nie uniosła oczekiwań. Było sztucznie, męcząco, a wpadki z tekstem, zwłaszcza w piosence, są niedopuszczalne. Dobrze wypadł chyba tylko jedyny utwór w języku francuskim „Je Ne regrette rien”, który nieprzetłumaczony na polski, jak inne piosenki wykonywane w przedstawieniu, zachował specyficzny klimat paryskiego kabaretu. Fason trzymał także akordeonista Edeasz Kubita,  ilustrujący spektakl graną na żywo muzyką.

Początkowa scena z klaunem natomiast wydaje się zupełnie nieistotna. Rozumiem, że realizatorzy chcieli w metaforyczny sposób pokazać, że Edith Piaf traktowana bywała jak „element rozrywkowy” niejednego wieczoru, śmiano się z niej, często po prostu nie rozumiejąc, nie chcąc nawet zrozumieć. Czy jednak treść pozostałej części przedstawienia w niewystarczający sposób mówi to samo?

Bez względu na moje odczucia co do sztuki, wielkie brawa dla aktorów i realizatorów, za to, że im się w ogóle chce. Byłam na przedstawieniu dzień po premierze, a na widowni było mniej niż 30 osób. Czy łodzianie nie lubią chodzić do teatru, nie rozumieją teatru? Pozostawię te pytania bez odpowiedzi. Sztuka może mi się podobać lub nie, teatr zawsze pozostanie dla mnie miejscem magicznym.

 

Zobacz też inne recenzje spektakli.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
swietajoanna
Święta Joanna szlachtuzów w Teatrze Nowym – recenzja
Niech_zyje_wojna_fot._M._Siarek_5
33 FST: Niech żyje wojna!!! – recenzja
nakr_016
Na końcu tęczy Teatru Muzycznego (foto+wideo)
2 komentarze
  • wydra
    14 grudnia 2010 at 21:45

    chyba każdy ma prawo do własnego zdania, nie?

  • Alojzy
    12 grudnia 2010 at 14:46

    Żenująca, tendencyjna i niesprawiedliwa recenzja. Ale czego innego można się spodziewać po łódzkich “krytykach” teatralnych?

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*