iwonaWystawianie Gombrowicza już z założenia graniczy ze strzelaniem sobie w stopę. Ten bowiem, choć pisał dramaty, to zupełnie nie z myślą o przenoszeniu ich na teatralne deski. Sam zresztą od teatrów stronił, bywać w nich nie lubił. Jego czar jednak robi swoje – stąd, co jakiś czas na scenę Gombrowicza się wrzuca. Co prawdopodobnie jednak kolejny gwóźdź do trumny mu wbija.

Są pisarze, z których geniuszem nie sposób dyskutować. W tym gronie plasuje się między innymi Witold Gombrowicz. Jego mistrzostwo jednak trudno się podkrada, by przedstawić w innej formie, jest nietranssystemowy, nieuchwytny. Gryzie po łydkach, gdy chce się go na swoją modłę przeformować, wpada w zastawione przez niego sidła Form.

Agata Duda-Gracz znana jest z nieokiełznania i niesforności, przepływania wpław rwących rzek. Tym razem jednak obrany na przekór kierunek nie obrodził w owoce przepełnione słodkim miąższem.

Owszem, Gombrowicz to jazda bez trzymanki, groteska, absurd i mózg targany burzą konfetti. Te ekstrema jednak nie egzystują w próżni bez przyczyny, posiadają konkretną motywację, są nie celem, a środkiem do mówienia i burzenia. „Iwona” z Jaracza to jakby inny dramat, historia, której do tej pory nie czytałam. Może litery składają się w te same konstrukty słowne, ale sensy niesione wybrzmiewają z tego odmienne. Tu tytułowa bohaterka przestaje być pustą formą, górująca nad wszystkimi swoją przezroczystością i przez to tłamszącą ich, demaskującą, obnażającą. Iwonie tutaj dokleja się choroby psychiczne, w spazmach szału każe wydzierać się do wyplucia płuc własnych. Iwona, która swą paradoksalną siłą powinna infekować na całą publiczność, rozlewać się, gromić, uderzać, tutaj jest tylko dekoracją. Gombrowicz zaplanował ją jako bezformie, zwierciadło do przeglądania się, przezrocze, ale obdarzone w tym wszystkim siłą kolosalną, drażniącą, absorbującą, rujnującą. Tu tego nie ma. Iwona staje się kukłą od klaskania.

Ukłon w stronę pani reżyser jednak na pewno trzeba oddać, gdy idzie o kostiumy (którymi właśnie ona się zajmowała), a także za finezyjny dobór muzyki – Maja Kleszcz (wraz z Wojciechem Krzakiem, czyli duet incarNations) na żywo to strzał w dziesiątkę. Uratowali ją też dobrzy aktorzy. Przede wszystkim perfekcyjna Katarzyna Cynke-Filipiak wcielająca się w matkę (ekwiwalent Gombrowiczowskich ciotek). Była przesycona niedorzecznościami, pęczniała nimi, kwitła, częstując publiczność. Również wspaniały był Mariusz Jakus w roli szambelana, który wyginał się i gimnastykował, łaskocząc widzów w stopy. Perfekcyjnie opanowanym gestem i sposobem artykulacji wbijał się w najczulsze punkty.

Przeniesienie „Iwony” w świat fantazji czy też konstruowanie opowieści na onirycznych segmentach nie wydaje się niczym niewłaściwym. „Każda Iwona jest inna” – mówi Duda-Gracz. Nie sposób się nie zgodzić, jednak gdy gombrowiczowski archetyp przemienia się marzycielkę utkaną z papier-mâché kupionego na wyprzedaży, która krztusi się marazmem i udawanym weltschmerzem, bumelanctwem to metamorfoza wydaje się wykraczać zbyt daleko. Harce spod znaku skrajnego uwspółcześnienia zeszły na manowce.

reżyseria Agata DUDA – GRACZ

kostiumy Agata DUDA – GRACZ
muzyka Maja KLESZCZ, Wojciech KRZAK
reżyseria światła Katarzyna ŁUSZCZYK
choreografia Tomasz WESOŁOWSKI
projekcje Karol RAKOWSKI
asystent reżysera Łukasz WÓJCIK

Obsada
Iwona DRÓŻDŻ-RYBIŃSKA
Katarzyna CYNKE
Milena LISIECKA
Ireneusz CZOP
Mariusz JAKUS
Hubert JARCZAK
Marcin KORCZ
Krzysztof WACH
Marcin WŁODARSKI

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
IMG_0259
Letnia Scena: Kabaret Ponurego Żartu (foto)
01-wycinka-fot-natalia-kabanow
XXI MFSPiN: Wycinka – recenzja
2_max_i
Kokolobolo w Teatrze Nowym – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*