Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już – beznamiętnie pada z ust byłego SS-mana, zbrodniarza wojennego. Słuchaczowi od razu nasuwa się refleksja: czym jest zło? Kto jest do niego zdolny? A może to okoliczność powodują, że zasiane w nas ziarenko zaczyna kiełkować, powoli opanowując umysł i serce, aż stajemy się niezdolni do jakiegokolwiek ludzkiego odruchu. Czy Maximilian Aue, główny bohater monodramu „I love Una”, to tak naprawdę każdy z nas?

W 1971 roku amerykański psycholog, Philip Zimbardo, chcąc odkryć, jak to się stało, że podczas II wojny światowej normalni obywatele, wykształceni ludzie, niejednokrotnie kochający ojcowie, zamieniali się w zimne i bezlitosne potwory, przeprowadził eksperyment. Wyniki, które uzyskał, były szokujące. Okazało się bowiem, że w odpowiednich warunkach przestaje być ważne kim jesteśmy, role nam narzucone przejmują nad nami kontrolę i wypełniamy je najlepiej jak potrafimy, stają się częścią nas. Nie ma czegoś takiego, jak komplet predyspozycji decydujących o tym, kto jest zły, a kto dobry. Czy mamy zatem prawo oceniać innych?

Na ciemnej scenie stoi mężczyzna. Prawie nagi, bezbronny, każdy i nikt jednocześnie. Zakłada kurtkę. Na rękawie wyraźnie odznacza się naszyta swastyka. Gdy tylko odzienie dotyka ciała bohatera, zamienia się on w nazistę, momentalnie wchodzi w rolę, jak w drugą skórę. Opowiada swoją historię.

Czy się tłumaczy? Czy żałuje? A może dręczą go wyrzuty sumienia i oczekuje rozgrzeszenia? Nic z tych rzeczy. Więc po co tak właściwie prowadzi swój monolog? Nie chodzi tutaj o niego, a o widza. Jeśli tylko wsłuchać się w tekst, wyraźne staje się przesłanie: Zastanów się nad sobą.

II wojna światowa, Holocaust, zbrodnie wojenne, śmierć i zło -tematy, choć wielokrotnie poruszane, nie przestają być trudne. Studenci łódzkiej Filmówki wzięli na warsztat głośną powieść Jonathana Littella „Łaskawe”, na jej podstawie tworząc monodram „I love Una”, wyreżyserowany przez Michała Napiątka. Wszystkie światła skierowane zostały na Daniela Misiewicza, grającego Maxa Aue. Słowa są esencją tej sztuki, dlatego scenografia została ograniczona do niezbędnego minimum. To, co słyszymy z ust bohatera, niejednokrotnie mrozi krew w żyłach. Na szczęście przedstawienie podzielone zostało na pojedyncze fragmenty – odseparowane od siebie przerywnikami muzycznymi. Utwory ocierają się o kicz, dzięki temu zabiegowi jednak napięcie wzbudzone przez grę Misiewicza zostaje nieco rozładowane. Nerwowe śmiechy widowni wskazują, że twórcy dobrze wykonali swoje zadania.

Mimo wszystkich zalet sztuki, nie jestem pewna, czy chcemy kolejny raz oglądać nazistów, wojskowych, „złych” Niemców. II wojna światowa została przegadana już wielokrotnie, zwłaszcza w młodych ludziach daje się wyczuć zmęczenie tym tematem. Nie powinniśmy zapominać o przeszłości, niemniej może warto w końcu spojrzeć w przyszłość?

“I love Una” Teatr Studyjny przy PWSFTviT im. Schillera

premiera 3 marca 2011

 

Zobacz też inne recenzje spektakli!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Maria_Janas_3
Niepoważna śmierć w Teatrze Małym – recenzja
_2180088
Jungle People – recenzja
Natasza_foto_Greg_Noo-Wak_3
Marzenie Nataszy – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*