Długo oczekiwana premiera Człowieka z Manufaktury odbyła się na początku lutego w Teatrze Wielkim w Łodzi. To wydarzenie niezwykłe – z jednej strony połączenie partnerstwa publiczno-prywatnego w dziedzinie kultury, z drugiej – nasze Miasto doczekało się własnej opery.

Teatr Wielki wraz z łódzką Manufakturą zorganizował konkurs kompozytorski na sztukę o historii Łodzi, do libretta zamówionego u dramatopisarki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Grand Prix (45 tysięcy złotych) i Nagrodę Publiczności Operowej otrzymał młody kompozytor i dyrygent – Rafał Janiak, adiunkt na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie.

Przedstawienie składa się z dwóch części dziejących się w różnym czasie, w mniej więcej tej samej przestrzeni. W pierwszej widz ogląda ostatnie epizody z życia Izraela Poznańskiego, twórcy bawełnianego imperium, w drugiej czasy upadku Zakładu Przemysłu Bawełnianego Poltexu, fabryki działającej w przestrzeni dawnego imperium fabrykanta, która przemieni się wkrótce w Centrum Handlowe Manufaktura.

Człowiek z Manufaktury opiera się na dwóch m – marzeniach i majakach. Obu efemerycznych. 30 hektarów, 22 budynki – oto cała gra. To Manufaktura, to Łódź. Można krzyknąć – a co z Księgą miasta Łodzi? Jej jednak nikt nie widział, a może – parafrazując słowa jednej z bohaterek, Zofii – to tylko majaki i nigdy jej nie było.

Ciekawie prezentuje się warstwa muzyczna, w pierwszej części awangardowa, w drugiej nieco bardziej „pop”. Podobnie scenografia – może nieco za skromna, oparta na metaforze, jednak dobrze wpisująca się w całość opery.  Zastrzeżenia można mieć jednak do libretta, w szczególności drugiego aktu, który jest chaotyczny i niezbyt ciekawy. W kuluarach mawiano, że być może autorkę gonił deadline, oby to jednak nie była prawda.

Nienagannie gra cała trójka głównych bohaterów – Poznański/Dyrektor – Stanisław Kierner, Zofia – Agnieszka Makówka i Ignacy Przybysz/Prokurator – Michał Bartczak. I to właśnie ten ostatni wybija się pośród wszystkich, nieco ekspresyjny, przerysowany, jednakże fascynujący. Ciężko jednak kibicować bohaterom. Z jednej strony Poznański był krwiożerczym fabrykantem, dla którego najważniejszy był pieniądz, a nie życie ludzkie, kobiety rodziły martwe dzieci przy krosnach, a jemu marzyły się sny o imperium. Z drugiej strony mamy współczesność i postać, której pierwowzorem jest Mieczysław Michalski – likwidatora Poltexu, którego oskarżano o sprzedanie fabryki za bezcen zagranicznemu inwestorowi. Nomen omen obu chodziło o to samo. Jak się okazuje Łódź to miasto budynków, nie ludzi. Łódź tworzą fabryki, kościoły, famuły, a mieszkańcy są jedynie elementem „utrzymującym je” przy życiu.

Podobnie dziś, w nawale projektów typu Mia100 Kamienic, Pro100 Chodnikiem itp. Trudno szukać czynnika ludzkiego. A nawet jeśli się pojawia (np. Mia100 Talentów) widać paralelę do postaci Poznańskiego i stworzonego przez niego chóru pracownic dla załagodzenia konfliktów. Refleksja może być jedna – strajk, bunt, ale czy udany? Nie otrzymamy odpowiedzi. Wszystko rozmywa się w świecie kapitalizmu i Centrów Handlowych.  

Człowiek z Manufaktury zapewne na wiele lat na stałe pozostanie w repertuarze Teatru Wielkiego. Mimo swoich wad, szczególnie w warstwie opowieści, przyciągnie widzów – to pierwsza opera opowiadająca o naszym mieście, a że posiada wady. Łódź również je posiada i to niemało.

/fot. Natalia Zdziebczyńska

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
car2
MFSPiN: Car Samozwaniec – recenzja
IMG_7245ziemia_brzyk-hawa
Ziemia obiecana – recenzja
letniskoplakat
Letnisko w Teatrze Powszechnym – recenzja
1 Komentarz
  • Widz
    19 maja 2019 at 00:16

    Panie recenzent. Piszesz Pan: “warstwa muzyczna, w pierwszej części awangardowa, w drugiej nieco bardziej „pop” ”

    Panie recenzent sam żeś Pan jesteś POP

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*