BalladynyOstatnia tegoroczna premiera Teatru Pinokio, to Balladyny i romanse oparte na powieści dość niespodziewanego laureata Paszportu Polityki z 2011 roku. I co niestety było do przewidzenia spektakl sprawdza się, gdy mniej w nim Ignacego Karpowicz, a więcej Konrada Dworakowskiego. Ten skrót myślowy dotyczy dwóch płaszczyzn – dość słabych dialogów, warstwy tekstowej oraz interesującej oprawy wizualnej.

Początkowo akcja rozgrywa się na powierzchni nieco większej od blatu stołu. Po prostu frapujące animowane lalki prezentujące “zwyczajne życie”. Potem niestety całość dziwnie rozpędza się i diametralnie zmienia. I tak jak w powieści od momentu motywu zsyłki bogów na Ziemię jest ona niestrawna, tak samo jest w trakcie proponowanego przez Teatr Pinokio przedstawienia.

Przewidywalność, banalne spostrzeżenia (życie bogów w kontekście problemów współczesnego człowieka wpisane w schematy z rodem z kolorowych pisemek, a w tle oczywiście Polska B) plus sporo rubasznych, genitalno-fekalnych dowcipów. Mnie to w żaden sposób nie przekonuje, a wręcz często prowadzi do słowa żenada. Broniłbym tu poniekąd reżysera, bo z “pustego i Salomon nie naleje” ale trzeba go zganić także za dobór fragmentów – za dużo chciał przekazać, zbyt mało przemyślał całość. I po co te szkolne dowcipy? Pochwaliłbym Marikę Wojciechowską (scenografia), Jacka Owczarka (ruch sceniczny), aktorów animujących lalki – oczywiście kiedy nic nie mówią, a także całą obsługę techniczną – światło, dźwięk. Wszystko to jednak psuje się – czy to w chwili wspomnień o autotematyzmie, czy głupkowatych gagów na poziomie gimnazjum.

joomplu:46171

Balladyny i romanse trwają ponad dwie godziny z przerwą. Zdecydowanie za długo. Spektakl byłyby strawny w formie 40-50 minutowej, bardzo luźno opartej na pierwowzorze opowiastki, w której mnie słów i dowcipu, a więcej wizualnych atrakcji przyciągających widza. Wtedy byłoby mniej dysonansu w chwili, gdy część sali śmieje się, a druga (bardziej wymagająca) zastanawia się co ich tak śmieszy.

Jak wspomniałem na początku – więcej Dworakowskiego, mniej Karpowicza. Inaczej nazwa Scena Wyobraźni im. Brunona Schulza, w ramach której powstały Balladyny zmuszona będzie zmienić swoją nazwę na kiepski, komercyjny bełkocik – klops. Przy mistrzu z Drohobycza całość wypadła bardzo blado.

/fot. Filip Lupa

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Mord_fot._Janusz_Szymaski1
“Mord” w Teatrze Nowym – recenzja
_JAR0608
Dobre rzeczy w Teatrze Powszechnym — recenzja
image
LS 2015: Wyznania komiwojażera – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*