akimudy5Brutalna prawda o współczesnym świecie i ludziach w obrazoburczym spektaklu „Akimudy”. W wystawianym przez Teatr Nowy w Łodzi przedstawieniu po mistrzowsku i odważnie, by nie powiedzieć obrazoburczo, ukazano przerażający obraz chylącej się ku upadkowi cywilizacji ludzkiej i zagrożeń, jakie niosą ze sobą wszelkiego rodzaju fundamentalizmy.

Sztuka stanowi adaptację książki pod takim samym tytułem znanego rosyjskiego pisarza – Wiktora Jerofiejewa. Autor obnażając bezlitośnie prawdę o swojej ojczyźnie, poprzez jej pryzmat przedstawia całą ohydę i zło naszej rzeczywistości. Naszkicowany przez niego obraz współczesnego człowieka napawa smutkiem. Ogarnięci żądzą doznawania przyjemności, posuwamy się coraz dalej i dalej w poszukiwaniu zaspokojenia. Przecież „jeden raz, nie czyni pedała”. Padamy ofiarami własnych egoistycznych popędów, nad którymi przestajemy panować. Odsuwamy uczucia jako niepotrzebny balast.

Twórcy spektaklu odwzorowują wspomniany portret jednostki ludzkiej i jej otoczenia z całą perwersyjną dokładnością, ocierając się niemal o pornografię. Nie chodzi tutaj jednak o epatowanie ordynarnością dla taniej sensacji. Wręcz przeciwnie. Znajduje to swoje uzasadnienie w przekazie, jaki niesie sztuka. W stworzonym przez nas świecie etyka i moralność stopniowo zanikają. Dominuje seks, ale daleki od kochania się i miłości. Bliższy znaczeniu, jakie na początku ubiegłego wieku nadał mu amerykański pisarz Henry Miller, czyli po prostu „pieprzenia”, by nie powiedzieć jeszcze dosadniej…

https://www.youtube.com/watch?v=a74m1klOGl4

Nic dziwnego, że wśród ogólnego zepsucia, powoli zaczynają kiełkować ortodoksyjne nurty religijne, które z czasem przejmują stery władzy i wprowadzają drastyczne normy, aby podporządkować sobie „wiernych”. Analizując losy ludzkości, poczynając od zarania dziejów, nietrudno zgadnąć, że nowe regulacje w pierwszej kolejności uderzą w kobiety. Wszak już cała wina za grzech pierworodny obciążyła sumienie Ewy, a wraz z nią kolejne pokolenia, palonych na stosie „czarownic”. Złowieszczo zatem (i oby nie proroczo) pobrzmiewają słowa patriarchy kościoła prawosławnego (znakomita rola Adama Mortasa): „Dziś powstała Nowa Wielka Rosja! Wprowadzamy szereg dekretów: Dla kobiet obowiązkowy strój państwowy. Chusty na głowy! Żadnych spodni! Zdjąć stringi! Włożyć majtasy do kolan! Wprowadzamy cenzurę cerkiewną i przestaniecie się malować, suki!”. Odniesienia względem teraźniejszych wydarzeń pozostają aż nadto oczywiste, zwłaszcza, że zagrażające demokracji siły już stoją u wrót Europy.

Oglądając przedstawienie miałam wrażenie, że Akimudy – fikcyjny kraj, który wypowiada wojnę Rosji – stanowią personifikację nieba (w znaczeniu, jakie nadaje mu chrześcijaństwo), a jej ambasador (Sławomir Sulej) to wysłannik Boga, rozumianego podobnie, jak u Jose Saramago w książce „Ewangelia według Jezusa Chrystusa”. Stwórca, a w domyśle sam Akimud, to nie „ojciec”, sprawujący nad nami pełną czułości pieczę, lecz toksyczny rodzic wymierzający pięść w swą dysfunkcyjną rodzinę. Bezwzględny uzurpator, rozstawiający wedle swych zachcianek ludzi, niczym marionetki, by objąć panowanie nad całym globem. Z drugiej strony, Akimudy można również utożsamiać z krainą szatana. W sztuce nie ma co prawda bezpośredniego odwołania do antagonisty Wszechmogącego, ale takie konotacje są nieuniknione, choćby poprzez postać Stalina (wspaniała kreacja Wojciecha Bartoszka). Kim byli Stalin i Hitler? Dla jednych bogami, dla innych (większości) diabłami. Niemniej jednak, podobnie, jak podczas lektury „Ewangelii według Jezusa Chrystusa”, tak i w trakcie oglądania przedstawienia zadawałam sobie pytanie, kto tak naprawdę jest zły – Bóg czy Lucyfer? Patriarcha czy Akimud? Może rację miał Konfucjusz, głosząc, że „niebo lub piekło istnieje tu i teraz, z tymi, którzy są wokół nas”, a więc sami jesteśmy odpowiedzialni zarówno za dobro, jak i zło?

https://www.youtube.com/watch?v=hVTwVPkP6Ok

Łącznikiem pomiędzy dwoma ukazanymi w sztuce światami – realnym (Rosja) i utopijnym (Akimudy) jest sam autor – Wiktor Jerofiejew (Przemysław Dąbrowski). Wśród szeregu autobiograficznych odsłon najbardziej poruszająca pozostaje dla mnie scena spotkania pisarza z matką (przejmująca rola Barbary Dembińskiej). Spektakl jest znakomicie zrealizowany i zagrany (warto zwrócić uwagę na młodego, utalentowanego aktora – Piotra Gawrona-Jedlikowskiego). Słowa pochwały należą się Jarkowi Widuchowi za opracowanie doskonałego ruchu scenicznego.

Chapeau bas także dla grafików za stworzenie intrygującego symbolu Akimudów, stanowiącego, w moim odczuciu, idealną personifikację dwóch totalitarnych systemów, które w minionym stuleciu doprowadziły do dehumanizacji na niespotykaną uprzednio skalę.

Zdecydowanie zachęcam do obejrzenia sztuki „Akimudy”. Nie sposób przejść obojętnie wobec poruszanych w niej zagadnień. Zmuszają do wnikliwej analizy nie tylko otaczającej rzeczywistości, ale i nas samych. Mimo że ani sam pisarz, ani twórcy przedstawienia nie wyjaśniają znaczenia terminu „Akimudy”, to biorąc pod uwagę zarysowany tutaj portret ludzkości, trafna wydaje się wariacja tłumaczenia – a kuda my? – czyli dokąd my idziemy, zmierzamy? Może powinniśmy częściej zadawać sobie to pytanie, by zachować resztki człowieczeństwa?

fot. Janusz Szymański

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Kochanowo i okolice w Teatrze Powszechnym – recenzja
8.208cmieszna20ciemno9ce620fot.20Reinhard20Werner
XXI MFSPiN: Śmieszna ciemność – recenzja
dwipolowkipomaranczy
Dwie połówki pomarańczy w Teatrze Lutnia – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*