Merylin_Mongol_fot._B._Warzecha_3

Nie ma ucieczki od końca świata. Nadchodzi po cichu, z zaskoczenia, wybucha nagle, wybrzmiewa przepowiednią. Co z tego, że trwamy, skoro jest nieunikniony? Czy to ważne by pisać, czytać, pracować, rodzić dzieci, czy odkurzać skrzętnie podłogę pod łóżkiem?

Czekamy w letargu codzienności na kataklizm, złowieszcze tąpnięcie zwiastujące pustkę. Czy ważne jak nas zastanie? W szlafroku, czy fraku, trzeźwych, czy pijanych, bogatych, czy biednych, zakłamanych, czy rozgrzeszonych?

Lepiej… lepiej przeprosić. Tak, szukać wybaczenia, wyjaśnić zaszłe sprawy, zdążyć w odwiedziny, zadzwonić, zostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. Po co? Po co, skoro wraz z tym apokaliptycznym końcem nie zostanie nikt, kto zapamięta. Nie zostanie żaden przedmiot, żaden człowiek, nic, totalna pustka bez materii, uczuć, bez wrażeń, zasad, tych nieszczęsnych szlafroków, czy pomników robotniczego czynu stojącego gdzieś w pobliskim parku.

Mimo wszystko niech poczeka, niech da nam jeszcze chwilę. Skoro i tak ma nadejść, a nie nadszedł do tej pory, czy zaszkodzi mu jeszcze ten dzień, ta godzina, nawet ten kwadrans, miłosierny kwadrans na załatwienie kilku spraw, wprowadzenie kilku zmian z którymi przecież zawsze musieliśmy zaczekać, a dłużej czekać już nie możemy.

W obliczu końca świata powinno się chyba być dobrym. Miłym, uczynnym, uśmiechniętym, litościwym. Niech inni zobaczą jacy jesteśmy naprawdę, niech widzą i mówią, nawet przez kilka minut. Niech dziękują, odwzajemnią uśmiech, skoro i tak stają przed nieuniknionym.

Chociaż… po co zastanawiać się nad granicą pomiędzy dewiacją a normalnością, po co definiować szlachetność, określać smutek pijaństwem, czy myć jabłka inaczej niż mydłem? Zostańmy w tym, w czym jesteśmy, bądźmy tacy jak zawsze. W końcu i tak nie zdążymy ze zmianami, a… komu byłyby one właściwie teraz potrzebne.

Tuż przed końcem świata żyjmy jak żyliśmy. Usiądźmy na kanapie, włączmy telewizor, podlejmy kwiaty i posłuchajmy zza ściany odgłosów klótni sąsiadów. Przyjmijmy kilka obelg, dajmy się obrazić. Pójdźmy do pracy, wróćmy z niej, zjedzmy obiad i zaśnijmy, każdego dnia w gruncie rzeczy tak samo. Z małymi zmianami, z krótkimi przerwami na samych siebie.

Zaskoczmy ten koniec, tak jak on nas zaskoczy. Zaskoczmy go obojętnością i codziennością, bólem i pogardą. Zaskoczmy nieszczęściem, łzami i chowaną gdzieś głęboko, jak najgłębiej odwieczną chęcią ucieczki. Nie dajmy mu poznać po sobie wdzięczności za wybawienie.

Grajmy każdego dnia, nie ruszając się z miejsca. Po co robić cokolwiek więcej niż nic. Po co być kimś więcej niż nikim, skoro ten, on, wyczekiwany w tajemnicy koniec musi nadejść. Kiedy nadejdzie?

(Fot. Mat. Prasowe – Bartek Warzecha)

Produkcja Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Nikołaj Kolada „MERYLIN MONGOŁ” (Murlin Murlo)
przekład JERZY CZECH
reżyseria BOGUSŁAW LINDA
scenografia MAŁGORZATA SZCZĘŚNIAK
kostiumy OLGA MOKRZYCKA-GROSPIERRE
światło PROT JARNUSZKIEWICZ
opracowanie muzyczne FABIAN WŁODAREK, ROBERT SIWAK

Obsada:
Inna AGATA KULESZA
Olga OLGA SARZYŃSKA
Misza MARCIN DOROCIŃSKI
Aleksy DARIUSZ WNUK

                            Więcej o Łodzi Czterech Kultur na Plastrze Łódzkim!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
s_304
Historia występnej wyobraźni – recenzja
Niech_zyje_wojna_fot._M._Siarek_5
33 FST: Niech żyje wojna!!! – recenzja
DSCF1683
Miłość i polityka w Teatrze Małym – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*