Nie ma jednej definicji sztuki. Każdy interpretuje ją inaczej. Przekazywana jest nie tylko za pośrednictwem płótna i farb. Znajduje wiele sposobów by wydostać się z szalonych głów artystów. Oni przekazują nam pewną wizję, my dodajemy do tego swoją interpretacje. W wyniku tego całego procesu zarówno w widzach jak i twórcach rodzą się niezwykłe emocje.

Jedną z wielu form artystycznych jest PERFORMANCE. Z wikipediowej definicji czytamy: sytuacja artystyczna, której przedmiotem i podmiotem jest ciało performera w określonym kontekście czasu, przestrzeni i własnych ograniczeń. Artysta występujący przed publicznością jest zarówno twórcą, jak i materią sztuki. W tym tygodniu Łódź miała przyjemność gościć jednego z ojców tej formy.

Stuart Brisley urodził się w 1933 roku w Haslemere w Wielkiej Brytanii. W wieku 16 lat zaczął naukę w Guildford School of Art. Od tego czasu minęło 69 intensywnych lat dla twórczości artysty. Rozgłos zyskał w latach 60’. Jest uważany za inicjatora brytyjskiej sztuki performance. W swoich dziełach posługuje się ekspresyjnymi akcjami, instalacjami, interwencją publiki, wideo, zdjęciami i pracami malarskimi. Dorobek artystyczny Stuarta Brisleya jest bardzo bogaty. Jego widowiska niejednokrotnie były zaangażowane politycznie. Wraz z procesem tworzenia poznawał granice społeczeństwa. Konfrontował swoje ciało z ekstremalnymi okolicznościami. Zatracał swoją podmiotowość i niemal całkowicie integrował się z otoczeniem. Specyfikę jego pracy charakteryzuje minimalizm i użycie prostych materiałów. Celem jego wystąpień jest wytrącenie widza z postawy pasywnej i zmniejszenie granicy na polu artysta-odbiorca.

25 i 26 września w łódzkim Muzeum Sztuki miał miejsce kilkugodzinny performance pt: „Lustro” Stuarta Brisleya. W opisie czytamy, że jego celem było utworzenie miejsca, w którym wszystko istnieje w ramie czasowej. Rama ta nie może być usunięta bez naruszenia tego, co może być niewidzialne. Bycie samym dziełem, odcieleśniona kondycja ewokowana przez optykę życia po osiemdziesiątce.

Całość dotyczyła procesu starzenia się i umierania. Rzeczą rozpoczynającą widowisko jest bałagan. W pomieszczeniu porozrzucane są sterty ubrań. O losie tej odzieży dowiadujemy się z pojedynczych zdań, czy imion rzucanych przez artystę. Sukienki, koszule, spodnie reprezentują zmarłe już osoby. Są namacalnym dowodem ich istnienia, ale również symbolem przemijania. Mężczyzna z jednej strony czuje emocjonalną więź z każdym przedmiotem. Z drugiej strony nie rozpacza. Wydaje się być oswojony z perspektywą śmierci. Jest świadomy swojego wieku i tego, że śmierć jest coraz bliżej. Co jakiś czas słyszymy pojedyncze sekwencje dźwięków. Nie mają one większego znaczenia, ale w specyficzny sposób oddziaływują na zmysły widzów, m.in. wywołując dreszcze. Odgłosy wydawane są przez samego artystę, bądź przy pomocy przedmiotów znajdujących się w pobliżu, takich jak np. szczotka czy papier. Wszystkie te brzmienia mają charakter postępowy. Wraz z upływem czasu słyszymy coraz to raptowniejsze i intensywniejsze. Doświadczamy postępu procesu starzenia się i kilku etapów umierania. W którymś momencie Brisley przytula i całuje zwinięty kłębek papieru i nazywa go swoim wymyślonym przyjacielem. Świadczy to o niekontrolowanym rozwoju samotności wraz z wiekiem. Coraz to więcej znajomych twarzy odchodzi, pozostawiając go samym. Ważnym elementem jest konfrontacja widza z własnym odbiciem. Performer chwyta lustro i przez kilka minut stoi przed publicznością, wykonując nim różne ruchy, tak aby każdy spotkał się ze swoją twarzą w zwierciadle. Chaos osiąga zenit, gdy stół zostaje wywrócony, a niektóre z ubrań kończą w kawałkach. Nagle artysta zatrzymuje się. Rozgląda się wokół, kilkakrotnie okrążając stworzony bałagan. Znienacka, zaczyna składać ubrania i aranżuje je w równych szeregach. Zachowuje się jakby był w amoku. Zwraca uwagę tylko na wykonywaną czynność, chce ją dokończyć jak najszybciej. Całkowicie ignoruje widownię. Po upływie kilkunastu minut kończy pracę. Odzież leży na całej szerokości pomieszczenia. Całość przypomina cmentarz, a złożone w kostkę ubrania symbolizują groby.

Jednak nie cała sala zostaje sprzątnięta. Tylko to najbardziej widoczne, z przodu. Z tyłu nadal panuje nieład. Artysta bierze krzesło i siada pomiędzy grobami. Tłumaczy, że chaos nigdy nie jest trwały. Człowiek nigdy się w nim nie odnajdzie. Koniec końców to tylko harmonia i porządek sprawia, że czujemy się komfortowo. Podczas procesu tworzenia bałaganu nie myślał racjonalnie, musiał na chwilę zwolnić tempo. Wtedy zdał sobie sprawę, że jego działanie jest bezcelowe, że w takim otoczeniu czuje się jak obcy.

Performance wywarł na mnie duże wrażenie, niejednokrotnie popadałam w hipnozę wywołaną przez losowe dźwięki. Całość nie była łatwa w interpretacji. Wymagała intensywnej analizy. Zmuszała do przemyśleń, dzięki czemu nie stała się banalna czy monotonna. Każdy najmniejszy odgłos, czynność, ruch miał jakieś głębsze znaczenie. Nie było ono w żaden sposób narzucane. Jako widzowie, otrzymaliśmy swobodę interpretacji. Towarzyszyły nam odmienne emocje. Ja osobiście byłam poruszona. Szok wywołała u mnie intensywność wydarzenia. Pomimo tego, że nie należało najkrótszych, zdawało mi się jakby trwało tylko przez chwilę. Utożsamiłam się z tą ulotnością i szybkością przemijania.

Stuart Brisley udowodnił mi, że zawsze powinnam trwać przy tym, co kocham. Nikt nie ma prawa wyznaczać nam granicy, w której oddajemy się swojej pasji. Możemy zacząć działać, w którymkolwiek momencie i przestać wtedy, kiedy będziemy uważali to za słuszne. Wiek nie powinien stanowić dla nas przeszkody. Życie mija niesamowicie szybko, charakteryzuje się kruchością i ulotnością, sztuka natomiast jest bezkresna i wieczna.

/foto i tekst – Dominika Mianowska

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
nacher
Spotkanie z Anną Nacher w Galerii Manhattan
agatasulikowska
Podróż sentymentalna w Ośrodku Propagandy Sztuki
Jozef_Chelmonski_Przed_karczma
Obraz Józefa Chełmońskiego w Muzeum Miasta Łodzi

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*