szklana5John Moore, to reżyser, który mocno naraził się wielu osobom i to nie tylko kinomanom. Kilka lat temu bowiem postanowił, że na wielki ekran przeniesie kultową grę komputerową Max Payne.

Niestety dla niego i przede wszystkim dla fanów, projekt ten był średnio udany i do kolejnych produkcji tego pana zaczęto podchodzić z ogromnym dystansem. Minęło kilka lat i ów śmiały twórca ponownie na warsztat wziął ważny dla widzów tytuł – postanowił stworzyć piątą część Szklanej pułapki. Po premierze Max Payne’a reżyser ten wbił sobie przysłowiowy gwóźdź do trumny. Czy po kolejnej części hitu z Brucem Willisem jej wieko zostanie dobite na wieki, wieków Amen? No właśnie…

Tym razem kultowy policjant jedzie na „wakacje” do Moskwy, aby pogodzić się ze swoim synem. Istnieje jednak taka niepisana zasada, którą znamy już od 1988 roku (przyp. premiera pierwszej części filmu): tam gdzie pojawia się McClane, tam są również kłopoty i dużo wystrzelonych kul. Tym razem jego oponentami okażą się rosyjscy terroryści, którzy za wszelką cenę pragną wykraść broń nuklearną. Jak nie trudno się domyślić, John z synem łatwo nie ustąpią. Terroryści, strzeżcie się. Yippee-ki-yay popaprańcy!

Nie zabija się kury, która znosi złote jaja – jak mantrę powtarzam tę kwestię, przy pisaniu recenzji dotyczących filmowych kontynuacji. Jednak dla mnie Szklana pułapka 5, to obraz, który kala dobre imię tej serii i najlepiej jakby już zaprzestano wysyłania McClane’a na kolejne wojny z terrorystami. Wprawdzie Bruce Willis za każdym razem świetnie się sprawdza w swojej roli i tutaj żadnych zastrzeżeń mieć nie można, niemniej cała reszta (no może większość) niegodna jest tego tytułu. Wyliczanka klopsów w nowej odsłonie jest długa, postaram się jednak wymienić tylko te najbardziej kłujące w oczy. Jednym z nich jest bardzo przeciętny czarny charakter, który z pewnością nie dorasta do pięt ani Jeremy’emu Ironsowi, ani tym bardziej Alanowi Rickmanowi, choć z tym ostatnim można go jeszcze jakoś powiązać. Fatalnie prezentuje się także filmowy syn Willisa, w którego wcielił się Jai Courtney – aktor jest na ekranie sztywny jak kij od szczotki, poza tym jakoś na siłę próbuje udawać twardziela – aż dziw bierze, że to pierworodny Johna. Kolejny minus to totalnie przegięte sceny pościgów i strzelanin. Widać, że reżyser lubuje się w tych elementach kina akcji, bowiem serwuje nam sporo tego farszu.

Z jednej strony jest to przecież sensacja, więc tego typu sceny są chlebem dla tegoż gatunku. Z drugiej zaś irytowały mnie totalnie bezsensowne sekwencje z samochodami na czele, gdzie głównym celem była demolka i nic więcej. Co do strzelanin, to jest tutaj troszkę lepiej, choć szału nie ma. Poza tym przepompowano niektóre akcje, przez co momentami miałem wrażenie jakbym grał na komputerze, a nie oglądał film. Niepotrzebna technika slow motion i za dużo efekciarstwa– to grzechy główne wizualnej strony produkcji. Fantazji twórcom odmówić nie sposób, ale niestety łączy się ona z głupotą i bezsensem – ja tego nie kupuję. Poprzez ostatnie zdanie odnoszę się do scenariusza, który jest schematyczny i co gorsze, do bólu przewidywalny. No i jeszcze dialogi. One zawsze były mocną stroną „Szklanych pułapek”, tutaj wprawdzie pojawia się kilka kąśliwych rozmów, ale ogółem patrząc, jest bardzo przeciętnie. Za ich pisanie wzięła się chyba jakaś grupa przedszkolaków (nikogo nie obrażając).

Przeciętniak, to chyba najtrafniejsze określenie dla najnowszej odsłony przygód Johna McClane’a. Po dawnym Die hard pozostała już tylko nazwa, a właściwie jej fragment. Właśnie, za każdym razem gdy odnoszę się do tego dzieła, mam w głowie oryginalny tytuł i jego niemniej oryginalne polskie tłumaczenie. Tym razem jednak nie będę się pastwił nad tłumaczami, ponieważ pułapka, to pojęcie względne i można je na wiele sposobów intepretować, a szkła w „piątce” sypie się na bohaterów tyle, że można by nim oszklić ze dwa budynki Nakatomi Plaza. Niemniej samo szkło, kultowe Yippee-ki-yay, a także nawiązania do poprzedniczek  nie wystarczą żeby wychwalać ten odcinek serii pod niebiosa. Bruce Willis wciąż ciągnie ten wózek, ale kolejni reżyserzy nie potrafią mu pomóc. John Moore nie pomaga także sobie, więc odpowiedź na postawione przeze mnie we wstępie pytanie brzmi: tak.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
transformers4
Transformers: Wiek zagłady – recenzja
lekcja
Lekcja – recenzja
aglaja
Aglaja – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*