sasiadyPosępne podwórko i obdrapana, strasząca rozsypującą się elewacją kamienica wraz z jej mieszkańcami – ludźmi biednymi, bezrobotnymi, żyjącymi gdzieś na marginesie społeczeństwa. Ściany, klatki schodowe i mury takich budynków, podobnie jak mieszkańcy,  to niejednokrotnie mimowolni świadkowie przeróżnych wydarzeń, w tym zachowań patologicznych. Takich podwórek, kamienic i ludzi nie brakuje w całej Polsce, niemało ich też w naszym mieście.  Jedno z takich miejsc przy ulicy Ogrodowej posłużyło  Grzegorzowi Królikiewiczowi za plan do jego najnowszego filmu fabularnego zatytułowanego „Sąsiady”.

„Sąsiady” to właściwie zbiór odrębnych scen z życia różnych lokatorów jednej z wielkomiejskich kamienic. Życia, które na co dzień jest niezwykle gorzkie i posępne. Mamy tu męża (Jacek Poniedziałek) udającego na oczach sąsiadów, że bije żonę (Katarzyna Herman), by zasłużyć na ich szacunek, ale też pokazać, że ją kocha. Mamy jedną z lokatorek (Krystyna Tkacz) wysyłającą męża (Sławomir Sulej) po karpia na święta. Mąż toczy w sklepie niemalże bitwę o rybę (prawie jak w jednym ze znanych marketów), ostatecznie zamiast ryby dostając jednak wielkanocnego królika znoszącego pisanki. Mamy księdza (Mariusza Pudzianowskiego) odwiedzającego po kolędzie prostytutkę w ciąży (Anna Mucha), sąsiadkę z dwoma sercami, schizofrenika i szereg innych mieszkańców.

Jak więc widać film Królikiewicza nie opiera się na jednej, spójnej fabule. Nie ma tu też określonego czasu i miejsca akcji – kamienica i podwórko mogłoby istnieć w jakimkolwiek mieście, a historie mogłyby toczyć się w dowolnym okresie. Poszczególne nowelki łączy to, że stanowią wycinki z życia ludzi wykluczonych społecznie, zawieszonych gdzieś pomiędzy szarą rzeczywistością przypominającą trochę okres PRLu, a trochę kapitalizmu. Poza tym sceny te różnią się między sobą poziomem surrealizmu, gorzkiego humoru i aktorskiego warsztatu. Jeśli zaś trzeba byłoby wyróżnić którąkolwiek z tych scen to na uwagę zasługuje na pewno podana z prawdziwie wisielczym humorem scena Jacka Poniedziałka i Katarzyny Herman.

Niestety pozostałe zaprezentowane w filmie wątki w większości rażą nadmierną dawką artyzmu i dziwaczności, a całość przypomina trochę marzenia senne, w których nawet najdziwniejsze sytuacje wydają się zupełnie normalne. Konwencja ta wpędza przeciętnego widza w dezorientację i momentami znudzenie. Reżyser posługuje się bowiem taką ilością metafor, że czyni swój obraz nieczytelnym i ciężkostrawnym. Jeśli ktoś spodziewałby się klasycznego dramatu, który go poruszy to na pewno nie zobaczy go w „Sąsiadach”. Co zaś dostaniemy w kinie to odrealnienie i totalną awangardę typową dla Królikiewicza. Awangardę, która mało komu będzie odpowiadać.

Sam reżyser po jednej z projekcji „Sąsiadów” stwierdził bowiem, że trzeba robić swoje i nie przejmować się, ile osób wyjdzie z sali. Cóż, rację miał, że część widowni nie dotrwa do końca seansu. Bo „Sąsiady” to zdecydowanie jeden z tych zero-jedynkowych obrazów, który jako widz albo kupujesz w całości, łącznie z przedziwną koncepcją twórcy, albo nie kupujesz go wcale. Ja niestety wizji pana Królikiewicza nie kupuję.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
vincent
Vincent chce nad morze – recenzja
ghostrider2
Ghost Rider 2 – recenzja
kanadyjskiesukienki
Kanadyjskie sukienki – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*