IMG_3570W czwartek, 16 kwietnia w Domu Literatury zorganizowano spotkanie z Markiem Bieńczykiem wokół jego najnowszej książki eseistycznej „Jabłko Olgi, stopy Dawida”. Poprowadził je Przemysław Owczarek.

Czary i mary, o nich jest tutaj mowa.
O czarach, które nas porywają i o marach, które nas nachodzą.
O zaczarowaniach, którym ulegamy i o grozie, od której uciekamy.
Bohaterowie tej książki często się kryją albo gonią w siną dal, ale równie często zachwycają się – blaskiem, dźwiękiem, obrazem, czyjąś twarzą albo gestem – do utraty tchu. Bohaterowie książki, czyli Olga i Dawid, Marcel od Prousta i Zinedine Zidane, plemię Czejenów i Zbigniew Herbert, wielu jeszcze innych, ja sam, i sądzę, że niemal każdy z was.
Postacie literackie i postacie rzeczywiste, co za różnica.
Czy wyszliśmy z brzucha kobiety, czy z drukowanych stron, wszyscy jesteśmy źle i zarazem dobrze urodzeni.

Marek Bieńczyk

„Jabłko Olgi” wyrasta, mam wrażenie, ponad „Książkę twarzy”, już choćby dlatego, że znajdziemy tu też gesty (wspaniały esej o geście Kozakiewicza i Zidane’a, i o młodych gestach starych ludzi), kroki i dźwięki, ucieczki, pewną słoneczną ścianę, melancholię, lektury młodzieżowe i Marilyn Monroe. Można by w nieskończoność wymieniać wszystkie wątki eseistycznej książki Marka Bieńczyka. Jednak przy swoim bogactwie zupełnie nie przytłacza ona erudycją. Okazuje się, że esej jest nam dziś wręcz niezbędny, bo w czasach nadmiaru informacji i bezużytecznej wiedzy to właśnie on może połączyć te wszystkie krążące wokół nas cytaty z literatury, filozofii, z piosenek i filmów z naszym życiem. W tej książce mnóstwo osób odnajdzie siebie. „I tak w jednym pochodzie przez strony tej książki przechodzą i spotykają się Dawid i bohater literacki, kowboj z westernu, piłkarz i poeta, aktorka i chłopiec, wy i ja”. I matka pisarza, późna czytelniczka. Od szkoły nie czytała książek, dopiero na starość nagle je odkryła, a potem coraz więcej czytała i coraz więcej jadła. Gdzieś tam czaiła się depresja, a te słodycze i książki – potem jedna powieść czytana wielokrotnie – trzymały ją po tej jasnej stronie. „Przez całe życie słodyczami zasypywała pustkę, do której wciąż zaglądała. Ale później przyszła ta książka, miewałem wrażenie, jej obecność coś w niej łagodziła – lepiej niż ciasta i czekolady”. Z książki Bieńczyka zostaje w pamięci mnóstwo obrazów albo całych fraz, choćby ten proustowski dzień odwijany z bandaży jak mumia, czy słownych gier: „ulica Prosta (no jednak nie Prousta)”. Okazuje się, że gatunek, który uprawia, to właściwie nie tyle „eseje”, co „jesienie”. I właśnie takie nas piękne jesienie czekają tej wiosny.

Justyna Sobolewska „Polityka”

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
IMG_1297
Tłustoczwartkowa Kawiarnia Literacka (foto)
IMG_6794
Spotkanie z Justyną Melonowską (foto)
Galeria Wschodnia – premiera wydawnicza

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*