snowspiercerWieczny śnieg, wieczny mróz, wieczny lód- taki krajobraz w postapokaliptycznym obrazie Snowpiercer, to codzienność. Po nieudanym eksperymencie, który miał na celu zahamowanie globalnego ocieplenia, temperatura na Ziemi znacznie się obniżyła, a następnie sięgnęła poziomu krytycznego.

Żadna żywa istota nie mogła przeżyć takiego klimatu. Jedynym ratunkiem okazał się pociąg, który od 17 lat okrąża cały glob, a wśród jego pasażerów panuje system klasowy. Podróżni z ostatniej klasy – w której wagonach warunki są najgorsze – postanawiają się zbuntować przeciw ustalonej hierarchii i dotrzeć na przód pociągu, gdzie znajdują się najbogatsze przedziały oraz pierwszy maszynista i twórca pociągu – Wilford. Głównym dowodzącym tej misji staje się Curtis.

Pomysł na scenariusz będący adaptacją francuskiego komiksu Le Transperceneige na pierwszy rzut oka wydaje się intrygujący. Historia ma wydźwięk silnie społeczny i ekologiczny. Nawet wędrówka głównego bohatera przez pociąg zyskuje pewien wymiar metaforyczny, bo kolejne wagony są w stosunku do siebie nadrzędne: szklarnia pełna roślin, akwarium, szkoła dla dzieci, wagony dorosłych i najbogatszych pełne luksusów oraz rozrywek. Zupełnie wykluczone są wagony najbiedniejszych, których system nie uwzględnia. Natomiast u samej lokomotywy znajduje się kreator, który śledzi wszystko niczym Wielki Brat. Curtis „odhaczając” kolejne etapy, zmierza ku pełni władzy, ale jej specyfika nie każdemu może się odpowiadać.

Podobnie jest z osobliwym klimatem filmu. Nie dla każdego. Od strony wizualnej film czasem zachwyca, czasem śmieszy, innym razem wprawia w zażenowanie i zdziwienie. Tak samo rzecz ma się w rozwojem scenariusza. Niby opowieść jest zwarta, a jednak rozwleka się tak bardzo, że ochota na wyjście z kina nachodzi już po pół godzinie. Niektóre części historii (np. walka z armią zakapturzonych żołnierzy czy pochód narkomanów-bogaczy za odebranym im narkotykiem), wprawiają w osłupienie, absolutnie nie mającym związku z zachwytem. Kuriozalny efekt, któremu daleko do inteligentnego i groteskowego humoru, wynika również ze sposobu prezentacji opowieści w kolejnych wagonach – każda z partii nakręcona jest za pomocą metod odpowiadającym konkretnym gatunkom filmowym (kino akcji, noir, propagandowe, melodramat itd.). Elementy te w niczym się nie uzupełniają – wyglądają jak doszyte do siebie naprędce, zakrzywiają ogólny obraz, a widz nie jest do końca przekonany z czym obcuje.

Porównywalne odczucia ma się do obsady i zarysowania postaci. Lista nazwisk sprawia imponujące wrażenie, ale „im dalej” w pamięci pozostaje tylko Tilda Swinton – charakterystyczna jak zawsze. Reszta gubi się w schematach i przyczepionych łatkach typu mędrzec, wybrany, narwany pomagier wybranego, bóg, ten-zły-nieśmiertelny, cudowne dziecko itp. I nie trzeba długo się namyślać, by te wzory rozgryźć.

Snowpiercer: Arka przyszłości zawodzi na każdym kroku. Nuda bijąca od ekranu porównywalna jest do połaci śniegu przewijającego się za oknami sunącej po torach puszki. Naszpikowana symbolami historia, sama w sobie obronić się nie może – potrzeba jakiejś inwencji, wizji i umiejętności, których tu zabrakło. Efektem jest płaska historia, która wzbudza śmiech, tam gdzie w ogóle nie powinna.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
intruz
Kamera Akcja: Intruz – recenzja
handlarzcudow
Handlarz cudów – recenzja
gloria
Gloria – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*