sdsSklep dla samobójców do kina przyciąga intrygującym tematem przewodnim, Burtonowską konwencją i ciekawą kreską. Podczas seansu jest już niestety mniej urzekająco.

Pomysł scenariuszowy Leconte’a z pewnością wart jest uwagi. W smutnym mieście żyją depresyjne jednostki, które pragną zakończyć swe marne żywoty. Nic prostszego, szczególnie, jeśli z taką łatwością jak do piekarni za rogiem zawędrować możemy do sklepu dla samobójców. A tam – hulaj dusza! Trucizny, sznury, pistolety i wszelkie narzędzia przydatne do pokonania ostatniej drogi i ukrócenia swojej niedoli. Ponadto – fachowa obsługa. Ta gorzka sielanka nie miałaby końca, ale na świat przychodzi trzecie dziecko właścicieli – chłopiec, który nie przestaje się uśmiechać. Jego wszędobylska radość zaczyna być coraz większym problemem, życie coraz mocniej promieniuje wśród trupiej melancholii.

Wszystko byłoby jak należy, ale Leconte odpowiedzialny także za reżyserię, wpadł w pułapkę niezdecydowania, czy woli robić bajkę dla dzieci, czy raczej dla dorosłych lub, co gorsza, pragnął te dwa przypadki ze sobą połączyć. Skutek raczej mierny, bo z jednej strony sceny, których swemu potomstwu z troski o niedopracowaną jeszcze psychikę lepiej nie pokazywać, ale obok tego kołysze się nad nami wisielczo przewidywalność i moralizatorstwo wyjęte z opowieści dla najmłodszych. I nie chodzi bynajmniej o to, że wiemy od początku, że wszystko skończy się pomyślenie i mimo wstępnych perturbacji każdy wieść będzie idylliczny żywot. To nie przeszkadza zupełnie, cecha gatunku, bardziej boli, że dochodzimy do tego słodkiego z założenia końca w sposób zbyt matowy i przygasły.

Dziwi ta niewystarczalność, bo mamy miłą dla oka kreskę, która w końcu przypomina nam, że postaci mogą mieć autentycznie rysowane kontury, co stanowi miłą ucieczkę od zalewu animacji wyłącznie cyfrowej. Do tego mieszanie gatunków, obok komedii stąpa bowiem forma musicalowa.

Nie wiem, jak z wersją oryginalną, ale w przypadku naszej rodzimej bruździ szczególnie dubbing. Bynajmniej nie chodzi o dobór postaci, bo ten przedstawia się całkiem zachęcająco (szczególnie Andrus i Mozil), ale o sposób jego wkomponowania. Większość sensu dialogowego umyka przygniecione głośną muzyką i niewyraźnymi, cicho dukanymi kwestiami. Fakt też rozprasza i wpływa pejoratywnie na odbiór. Oj, Bartoszu Kędzierski (odpowiedzialny właśnie za dubbing polski), gdzie się podziałeś? Poza tym odnoszę dziwne wrażenie, że dialogi w naszym języku jakoś tak mniej polotu mają niż te francuskie, choć bawią, często bazując na grze słów. Może to skutek poziomu Włatców móch, podświadome promieniowanie jednego dzieła na drugie?

Szkoda, że Sklep dla samobójców nie jest krótkometrażówką. Wtedy z pewnością miałby więcej charyzmy i uroku, pewnie mógłby nawet olśniewać; tak trochę się dłuższy i nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
lotr1
Łotr 1 – Gwiezdne Wojny historie – zwiastun
poklosie
Pokłosie – recenzja
wielkigatsby
Wielki Gatsby – recenzja
1 Komentarz
  • 21 sierpnia 2013 at 11:15

    Mnie też film zawiódł. Nie mówię o polskim dubbingu, bo tutaj zbyt wiele się nie spodziewałam, ale sama fabuła niezbyt rozwinięta i przewidywalna do bólu.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*