sinisterKariera Ethana Hawke jest na widocznym zakręcie. Aktor znany z m.in. Przed zachodem słońca, Orbitowania bez cukru czy Dnia próby występuje w coraz słabszych produkcjach. I chociaż Sinister rozpozna się dość ciekawie, z czasem widzimy, że Hawke ponownie zagrał w dość przeciętnej, amerykańskiej realizacji.

Ellison Oswalt (Hawke), to niegdyś znany pisarz, którego sława utknęła dziesięć lat temu. Specjalista od literatury non-fiction opisującej krwawe, nierozwiązane zbrodnie wraz z rodziną przybywa do niewielkiego miasteczka, w którym dokonano niezrozumiałego mordu. Czwórka z pięcioosobowej rodziny została powieszona. Jednego dziecka nigdy nie odnaleziono.

Oswalt nie mówiąc żonie wprowadza się do domu, gdzie zdarzył się mord. Na strychu odnajduje stare filmy w formacie Super 8 prezentujące, jak się okazuje, nie tylko te morderstwo. Pisarz próbuje rozwikłać zagadkę związaną z rytualnymi mordami sięgającymi nawet lat 60.

Przez ponad połowę Sinistera ogląda się go interesująco. Przez długi okres nie denerwują nawet kalki – niespełniony pisarz, tajemniczy dom, czy głupkowaty pomocnik szeryfa. Z czasem jednak atmosfera grozy w dość szybki sposób rozpada się. Głownie z powodu dość dużej przewidywalności opowieści. Powoduje to spory niedosyt u widza. Wszystko poprowadzono zgrabnie i ładnie, zdjęcia (szczególnie filmiki w formacie Super 8) i muzyka podbudowują atmosferę i… no właśnie pojawia się sztampa, a anwet – co jest najgorsze w horrorze – niezamierzony dowcip.

Sinister to przeciętny obraz, który jednak można obejrzeć. Dla nastroju, nie dla dość utartej fabuły. Nic rewelacyjnego, szczególnie w drugiej połowie filmu.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
mur
Mur – recenzja
maratontanca
Maraton tańca – recenzja
wtorekposwietach
Wtorek, po świętach – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*