shirleyNajnowszemu filmowi Gustav Deutcha, już ze względu na źródło swojej inspiracji oraz niesamowicie ciekawą formułę, należy się więcej niż odrobina uwagi. Niekonwencjonalne podejście do rozwoju akcji zawiera się w selekcji trzynastu (spośród kilkudziesięciu) obrazów Edwarda Hoppera, które połączono wykreowanym wątkiem fabularnym. Obrazy te odtworzone zostały co do szczegółu, a widz ma poczucie, że jest świadkiem „ożywienia” malarskiego dzieła.

Od obrazów Hoppera biła statyczność i cisza. Postacie w pomieszczeniach zdawały się istnieć w mydlanej bańce, która odgradzała je od innych osób oraz świata. Ten z kolei zamykał się w granicach obrazu, w taki sposób, jakby nic poza nim nie istniało. Podobny nastrój bije również od filmowych kadrów, które pieczołowicie odtworzono mając za wzór malarski pierwowzór. Aktorzy obdarzeni możliwością ruchu i przemówienia wyposażają swoje postacie w tę samą melancholię oraz napięcie znane z obrazów. Jednak poszczególne kadry zostają bardziej splecione z czasem historycznym, a ich wyalienowanie zanika. Pomiędzy każdym z „obrazów” pojawia się wstawka imitująca wiadomości radiowe oraz data roczna. Na treść wstawek składają się newsy z całego świata, których istność jest różna, co daje efekt naturalności – na historię nie składają się tylko wielkie momenty, ale również te mniej, wydające się śmiesznie nieistotne.

Główną bohaterką filmu jest Shirley, do której intymnego świata otrzymujemy klucz. Mamy okazję oglądać ją w najbardziej naturalnych dla niej sytuacjach, jak i posłuchać strumienia myśli, które aktualnie ją zajmują. Wgłębiamy się w rozterki na temat sztuki oraz jej komercjalizacji, przyszłości jaką daje zawód aktorki, uczuć do swojego partnera oraz wyborów, jakie stawia przed nią los. Shirley jest wrażliwa na sztukę, zainteresowana drobiazgami. Oprócz tego zdarza jej się mówić pustymi frazesami, dać się ponieść potoku niczego niewnoszących  zdań oraz spiętrza wnioski, które prowadzą do nikąd.

Nie ukrywam – film jest bardzo nierówny. Pomimo genialnej warstwy wizualnej, po serii kilku obrazów i towarzyszącemu im dodatku treściowego, daje się odczuć narastające znużenie. Jest to fakt zupełnie niewytłumaczalny, ponieważ zainteresowanie wytworzone przez pierwsze ujęcia było ogromne. Jednak im dalej, napięcie zaczyna słabnąć. Monologi nieoczekiwanie rwą się na tematach, które zdążyły zająć i skupić uwagę, by pójść w stronę czegoś zupełnie abstrakcyjnego. Raz wybita z rytmu akcja nie powraca  na dawny tor i do końca nie można się pogodzić z kierunkiem w jakim idzie cały film. Jedyne co pozostaje to, zachwycać się scenografią i charakteryzacją, które nie zawodzą ani na chwilę.

Shirley – wizje rzeczywistości, mimo pewnego „wykolejenia się” w trakcie jest na pewno pozycją wartą zobaczenia, chociażby ze względu na niespotykane wcześniej rozwiązania wizualne. Film ten jest jednym z nielicznych, gdzie w pewnym momencie można „wyłączyć” się na to co się dzieje i mówi, a zacząć po prostu patrzeć…

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
yuma
Yuma – recenzja
greenhornet
Green Hornet – recenzja
mistyfikacja
Mistyfikacja – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*