saintlaurentOd pewnego czasu trwa zacięta walka w reżyserskim światku. Chcemy dojść do perfekcji ulepszyć to, co już istniejące i wzbogacić o swoje. Jak wiemy, biografia nie jest najlepszą bronią zwalającą z nóg przeciwnika jednak sprzedaje się zawsze, nieważne czyj portret ukazuje. W tym przypadku będzie mowa o  Yves Saint Laurent. Za pewne każdy z nas choć raz w życiu słyszał to nazwisko.

Był on francuskim projektantem-legendą. Żył w latach 1936-2008. Po śmierci Christiana Diora uratował jego dom mody od bankructwa. Jako pierwszy ubrał kobietę w smoking rozpoczynając tym samym nową epokę.  Film Saint Laurent to już trzecia próba wystawienia na szklane ekrany namiastki francuskiej potęgi. Czy zatem kolejna znaczy lepsza?

Reżyser Bertrand Bonello już na wstępie zadaje sobie strzał w kolano.  Znowu przenosimy się do lat 60 i 70 przyglądając się procesowi powstawania pierwszej nagrodzonej sukienki koktajlowej, kultowych kolekcji czy rozpalaniu namiętnego uczucia pomiędzy bohaterem a Pierre’em. Faktem jest, że lata 1965-1976 to czas największych sukcesów w karierze projektanta jednak oglądając film mamy wrażenie, że gdzieś  to już widzieliśmy. Pośmiertny pomnik został wzniesiony w momencie ukazania się Szalonej Miłości – pierwszego filmu o legendzie mody. 

Bonello koncentruje się na przedstawieniu YSL jako twórcę silnego i utalentowanego mimo problemów natury emocjonalnej, w które popada przez swój homoseksualizm. Nie brakuje mocnych scen – gejowskich orgii, narkotyków i alkoholu by za chwilę zostały złagodzone obrazem dobrze dobranych garniturów, drogich kolekcji i wystawnych pokazów mody. Na próżno doszukiwać się można kiczu i karykatury co przy tego typu powrotach do przeszłości jest trudne do uniknięcia. Niezmiernie utalentowany i przystojny Gaspard Ulleiel swoją grą aktorską dopełnia generalnie dobrej całości.

Bogata scenografia, montaż na wysokim poziomie sprawiają, że przeżywamy wzloty i upadki razem z głównym bohaterem,  jednak mimo nutki dramatu i ekstrawagancji Saint Laurent to typowa biografia. Powielenia schematów,  dużo suchych faktów z życia bohatera tragicznego dają wrażenie banału ciężkiego do udźwignięcia przez  135 minut. Po projekcji zostają głównie przyjemne wrażenia estetyczne. Mimo wszystko uważam, że nawet dla nich samych, warto wybrać się do kina.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
7254493.3
Agora – recenzja
valhalla
Valhalla: Mroczny wojownik – recenzja
jestembogiem
Jestem Bogiem – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*