W kinie Polonia od kilku tygodni trwa drugi semestr Akademii Polskiego Filmu. Studenci obejrzeli do tej pory m.in. „Matkę Joannę od Aniołów” oraz „Krzyżaków”. Projekt APF wspiera m.in. wybitny aktor, reżyser i wykładowca, prof. Jerzy Stuhr. Z wieloletnim rektorem krakowskiej PWST o idei Akademii i planach zawodowych rozmawia Bartosz Nowakowski.

   

– Panie Jerzy, czy przedsięwzięcia takie jak Akademia Polskiego Filmu to dobry pomysł?

– Często słyszę, że młodzi ludzie lepiej znają się na kinie amerykańskim, że bardziej kojarzą zagraniczny repertuar i aktorów. Dlatego też jestem gorącym zwolennikiem takich wydarzeń. Tym bardziej, że uczestnictwo w takim kursie daje punkty ECTS, daje zaliczenia i można je traktować jako poza standardowe pensum wiedzy studenta. Podobają mi się także liczby – słyszę, że podczas drugiego semestru w Łodzi aż dwustu studentów chce obejrzeć filmy z lat 1959-1971. Jeśli ktoś zaliczy taki kurs, będzie miał pojęcie o tym, jak zmieniała się polska kinematografia na przestrzeni lat i dekad.

– Zwłaszcza, że te oferta Akademii jest bardzo zróżnicowana.

– Różni są autorzy, różne są poetyki tych filmów. Zmienia się także aktorstwo. Inaczej grali moi koledzy w obrazach z lat 1959 czy 1960, w „Niewinnych czarodziejach” na przykład, a inaczej u Zanussiego w „Strukturze kryształu”. Ja się na Mai Komorowskiej czy Zbigniewie Zapasiewiczu z filmu „Za ścianą” uczyłem się aktorstwa filmowego. Proszę sobie wyobrazić, jaki to był szok, kiedy oni zaczęli grać inaczej niż Tadeusz Łomnicki czy wasz łódzki ulubieniec Leon Niemczyk.

– Na liście filmów są także obrazy z Pana udziałem.

– No, to bardzo mi się podoba. Są one nie tylko z moim udziałem, jest także jeden film przeze mnie wyreżyserowany. To pozwala uchronić mnie przed zapomnieniem. To oznacza, że będę obecny w świadomości młodego pokolenia. Nie tylko mój syn.

– Znamy Pana ogromne dokonania filmowe, skupmy się zatem na przyszłości. Co teraz robi Jerzy Stuhr, w jakie projekty jest zaangażowany?

– Właśnie skończyłem zdjęcia do dwóch filmów włoskich. Jeden z nich – „Io sono con te” Guida Chiesy – pokazany został niedawno na festiwalu w Rzymie. Drugi będzie zapewne sporym wydarzeniem – to film Morettiego „Habemus Papam”. Będzie to bardzo poważna, europejska wypowiedź o kondycji ludzi zamieszkujących Watykan.

– Założy Pan sutannę?

– Będę urzędnikiem cywilnym – gram rzecznika prasowego Watykanu. Funkcję tę piastowali nie tylko księża, np. Joaquín Navarro-Valls przy naszym papieżu.

– W „Habemus Papam” w rolę papieża wcieli się Michel Piccoli, o którym wspominał Pan na konferencji.

– Pozwoliłem sobie przywołać jego nazwisko, bo jest to w mojej opinii jeden z najlepszych aktorów europejskich. Mało jednak w Polsce znany – moi studenci nie znają jego twórczości. Spędziłem z nim wiele czasu podczas zdjęć, on grał papieża, a ja jego najbliższego współpracownika. Premiera filmu będzie pewnie podczas festiwalu w Cannes, gdzie Nanni Moretti wygrywał. Będzie też wtedy okazja świętować 85. urodziny Michela Piccoli.

– To plany europejskie, a co słychać w Polsce?

– Przygotowuję nowy film i będę go kręcił m.in. w Łodzi – byłem już tutaj na dokumentacji. Co prawda akcja filmu dzieje się w Warszawie, ale taką Warszawę sprzed kilkudziesięciu lat czasem łatwiej znaleźć w Łodzi niż w samej stolicy. Jest na przykład stara sala gimnastyczna, która ma grać salę z lat sześćdziesiątych, ale nie da rady, bo ma już okna wymienione. A w Łodzi jeszcze się takie miejsca znajdą. To są takie scenograficzne kruczki, ale bardzo istotne.

– A słowo o samym filmie?

– Chcę, aby to była komedia. Wiele osób przez ostatnie lata prosiło mnie, żebym wreszcie zrobił czystą komedię. Chcę tym ludziom zrobić jakiś prezent, bo być może będzie to mój ostatni film…

– ?

– Proszę nie robić min, ja mówię tylko o tym, że to może być mój ostatni film autorski. To, co miałem w sobie osobistego to przekazania wytargałem już na zewnątrz. Teraz mogę robić projekty, które ktoś mi zaproponuje. Dlatego z tych filmów osobistych ten będzie ostatni. Chcę w nim przekazać losy mojego pokolenia, które miało i ma ciekawe życie. Od wierszyków recytowanych pod popiersiem Stalina, po koślawą, ale jednak demokrację. Czasem było to bardzo śmieszne i absurdalne i właśnie chcę ten absurd z tego wydobyć. W tym przypadku pojawia się problem, jaki aktor ma to zagrać. Na szczęście ja mam syna, który może zagrać młodsze lata, a ja mogę zagrać starsze.

– A co w takiej sytuacji zrobić z kobietami?

– Muszą się zmieniać, nie mają wyjścia. Co do początku zdjęć, wszystko mam już w zasadzie przygotowane, ale czekam na ostatnie decyzje. Różne względy ekonomiczne powodują, że trochę się to przeciąga w czasie.

– Współpracuje Pan teraz z Piotrem Dzięciołem z Opus Film, więc Pana związki z Łodzią są bardzo mocne.

– Gdy tam przychodzę (ul. Łąkowa, byłe tereny łódzkiej wytwórni – przyp. red.) mam wrażenie, ze ciągle wracam do miejsca, gdzie spędziłem całą swoją młodość. W Muzeum Kinematografii są but i czajnik z „Kingsajza”, w którym miałem okazję grać i się wygłupiać. Łódź wspominam bardzo przyjemnie, dlatego czym prędzej chciałbym zacząć kręcić tu mój nowy film.

  

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
lodziapowisle
Adaptacja najlepszym filmem 15. Festiwalu „Łodzią po Wiśle”
IMG_0183
Casting do nowego filmu Agnieszki Holland (wideo)
plus_camerimage
Laureaci XX edycji Plus Camerimage!

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*