zrodlonadzieiW kinie obowiązuje kilka zasad. Część z nich powinna być bezwzględnie respektowana, jak na przykład tworzenie przekonywujących kreacji. Przestrzeganie pozostałych reguł, w tym sytuacji, w której aktor z wyrobioną już marką zabiera się za reżyserię i obsadza siebie w roli głównej, nie jest już aż tak bardzo wskazane. Historia pokazuje, że wielu znanym aktorom taki zabieg nie tyle powiódł się, co przyniósł całą masę nagród i wyróżnień. Do grona tych szczęśliwców można zaliczyć między innymi Clinta Eastwooda, Roberta Redforda, Kevina Costnera, Bena Afflecka. Inaczej ma się sprawa z Australijczykami. Jedynym, którego docenił cały świat filmowy, w tym Amerykańska Akademia Filmowa, był Mel Gibson. Jak jest lub będzie w przypadku Russella Crowe’a? Zobaczymy…

„Źródło nadziei” opowiada historię Connora – ojca trójki synów, poległych w bitwie pod Gallipoli. Główny bohater wyrusza do Turcji w celu odnalezienia ciał swoich pociech. Podejmuje się tego zadania, ponieważ dał obietnicę swojej zmarłej żonie. Pierwsza trudność pojawia się w momencie, gdy spotyka na swojej drodze brytyjskich okupantów, którzy odmawiają wydania ciał zmarłych żołnierzy. Po nieudolnych próbach negocjacji z zaborcą, Connor otrzymuje pomoc od Ayshe – młodej, urokliwej Turczynki. Nadzieja rodzi się z chwilą, gdy do strudzonego ojca dociera informacja o tym, że jeden z jego synów ocalał.

To, że Russell Crowe jest aktorem wysokiej klasy, nikomu mówić nie trzeba. W tym filmie już niczego nie udowadnia, bo nie musi. Grywał podobne role, z tą jednak różnicą, że Joshua Connor w Jego wykonaniu ma w sobie niewiele z herosa, czy bezwzględnego stróża sprawiedliwości, lecz jest kimś na wzór wyidealizowanego obrazu ojca, którego nie obchodzą układy polityczne, religia i wojna, a dobro najbliższych. Ta delikatna przemiana z „gladiatora” w „ojca” jest dużym plusem zarówno dla publiczności, jak i dla samego aktora.

Crowe ma dobry zmysł, jeśli chodzi o dobór partnerujących mu aktorów. Na drugim planie oglądamy Yilmaza Erdogana w roli majora Hasana, który pomimo faktu, iż jest współodpowiedzialny za śmierć dzieci Connora, później pomaga mu w ich odnalezieniu. Jest to zdecydowanie najciekawszy wątek całej historii. Ryan Corr w roli Arthura – jednego z trójki synów, wydaje się być wrażliwy, ale nie popada przy tym w parodię. Na jego twarzy wyraźnie nakreśliło się jarzmo wojny, a mimo to w oczach chłopaka wciąż widać niewinność i wiarę w dobro. Olga Kurylenko niestety na zawsze pozostanie dziewczyną Bonda. Grana przez nią postać jest oszczędna w gestach, a w scenach kulminacyjnych wypada tylko poprawnie, żeby nie powiedzieć sztywno. W tym przypadku uroda to niestety za mało.

Jak na debiut reżyserski aktora z tak olbrzymim dorobkiem, Crowe wziął na warsztat historię zbyt obszerną i trudną do nakręcenia. Sceny batalistyczne z udziałem trzech synów  mocno realistycznie oddają ból i piętno walki, jednak w szerszym kadrze wymagają dopracowania. Podobnie ma się sprawa z wątkiem politycznym. Wszystko jest tu nazbyt wygładzone i dostosowane do potrzeb widowni (grecko – tureckiej??). Zupełnie niepotrzebne są zwolnione ujęcia, które zamiast podnieść znaczenie danej sceny, prymitywnie przenoszą je na poziom kiczu. Jeśli rozpatrywać „Źródło nadziei” pod kątem historii samotnego ojca, którego determinacja graniczy z obłędem, otrzymujemy dzieło pierwszorzędne.

Russell Crowe na zawsze pozostanie aktorem, co nie znaczy wcale, że Jego reżyserskie eskapady nie sprawdzą się w przyszłości. Jeśli kolejna historia, której sfilmowania się podejmie, będzie mniej „epicka”, wszystko powinno trafić na właściwy tor. Wszystkim wyjdzie na dobre, jeśli w większym stopniu poświęci się reżyserii, a nie swoim wokalno – muzycznym odlotom. Jest takie stare przysłowie, które mówi, że nadzieja umiera ostatnia. W tym przypadku lepiej zabrzmiałoby: nadzieja żyje najdłużej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
lincz
Lincz – recenzja
wladcyumyslow
Władcy umysłów – recenzja
zlyporucznik
Zły porucznik – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*