plynacewizowce„Płynące wieżowce” w luźnym, subiektywnym skojarzeniu przywodzą na myśl „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta ze względu na fakt, iż film, podobnie jak książka, tak naprawdę zaczyna się wtedy, kiedy się kończy. Porównanie z francuskim pisarzem wskazuje, że nie należy odczytywać tego jako ujmy, ale postrzegać raczej w kategoriach interesującego zabiegu, który rzuca widzowi rękawicę.

Kuba (Mateusz Banasiuk) wraz ze swoją dziewczyną Sylwią (Marta Nieradkiewicz), wybierają się na wystawę do galerii. Tam poznają Michała (Bartosz Gelner), przystojnego i charyzmatycznego chłopaka. Ten personalny trójkąt rozpocznie wojny wewnątrz świadomości bohaterów.

Historia toczy się wolno, sunie niespiesznie jak samochód zjeżdżający po poziomach parkingu. Kolejne wydarzenia dodają fabule części składowych, ale ogląda się je tak, jakby niespecjalnie na nią wpływały. Dopiero ostatecznie widz orientuje się, że wszystko było skrzętnie utkanym ciągiem przyczynowo-skutkowym, w którym każdy poszczególny element był niezbędny, stanowił drogowskaz, wytyczał trasę dla opowieści. To właśnie ten koncept stanowi o błyskotliwości Tomasza Wasilewskiego. Odbiorca uderzony zostaje późno i niespodziewanie, finalnie sam dokonuje retrospekcji, aby zrozumieć wstrząs, z który musiał się zmierzyć.

Niezwykle ciekawe są tutaj kreacje postaci. Poznajemy ich jako rozmyte, niekształtne twory, które dopiero z kolejnymi scenami zaczynają się krystalizować, a przede wszystkim ukazywać wielowymiarowość swoich oblicz.  Kuba z początku jawi się jako niekoniecznie wrażliwy czy uczuciowy chłopak, który trenuje pływanie w ramach oczyszczenia z wewnętrznych burz, wygląda bowiem na takiego, który w innym razie biłby się po osiedlach. To w nim następuje największe przełamanie, kruszy się on, chcąc zespolić ze swoją właściwą, ukrywaną istotą. Przełamać i przemówić własnym głosem. Sylwia to pozornie zwykła dziewczyna, jednak gdy potrzeba przyobleka się w maski waleczne i krwiożercze, przemienia się w modliszkę, która czułość zamienia na egoizm. Tylko Michał wydaje się jedynym czystym pionkiem tej rozgrywki, choć to on staje się przecież jej inicjatorem, wprowadzającym ferment.  Wszystkie te postaci budowane są przez aktorów młodego pokolenia, niemal od razu po szkołach filmowych, co pozwala na małą dygresję, że kino polskie rozrasta się prężnie.

„Płynące wieżowce” to opowieść o wyborach. Dokonywanych dobrowolnie, wymuszanych podstępem, zaniechanych i wyrwanych z gardła. O konsekwencjach czynów (nie mylić z moralizatorstwem).  O miłości przepełnionej marazmem, tej z obowiązku i nagłej potrzeby serca, intensywnej i tłumionej łokciem. Każdy mały element jest znaczący, każde pozornie błahe działanie odbija się czkawką, rzuca cieniem, rozbrzmiewa echem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
stosunkimiedzymiastowe
Stosunki Międzymiastowe – recenzja
cos2011
Coś – recenzja
muminki
Muminki w pogoni za kometą – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*