piataporarokuCzy możliwa jest miłość po pięćdziesiątce? Oczywiście. Tego samego zdania jest także Jerzy Domaradzki, reżyser Piątej pory roku. Akcja jego najnowszego filmu toczy się na południu polski, na śląsku.

To właśnie tam poznają się Witek (Marian Dziędziel) i Barbara (Ewa Wiśniewska). Dzieli ich wiele, ona jest wdową po miejscowym malarzu, on to były górnik, obecnie grywający na trąbce podczas pogrzebów i na dancingach w miejscowym klubie dla seniorów. Mężczyźnie bliżej do kawałków disco polo, kobieta zaś preferuje repertuar Verdiego. On to podstarzały lowelas, ona zaś dopiero co pochowała mężczyzn swojego życia, dla którego w pełni się poświęciła i nie jest gotowa na kolejne miłosne uniesienia. Witek jednak nie poddaje się i postanawia zostać kierowcą Barbary w podróży… nad Morze Bałtyckie. Ta podróż zmieni ich oboje, choć początki jak nie trudno się domyślić okażą się trudne. Pozostaje więc pytanie, czy trafi w nich strzała Amora i połączy ich serca? Zapraszam do kin.

Niewątpliwym atutem obrazu Domaradzkiego jest rola Mariana Dziędziela, który jako Witek mimo swojego wieku niejednokrotnie zachowuje się jak młokos. W ten sposób mamy okazję poznać jeszcze jedną filmową twarz tego świetnego aktora.  O jego ekranowej partnerce nie mogę tego samego napisać. Niczego nie zabierając Ewie Wiśniewskiej, można stwierdzić, że w ciągu swojej kariery aktorka ta grała głównie stonowane kobiety, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wcielała się ona głównie w „ułożone” damulki. W Piątej porze roku nie jest inaczej, choć scenarzystka Natalia Pryzowicz pozwoliła jej postaci na chwilę szaleństwa i wyzwolenie się spod etykiety. Przykładem może być scena, w której seniorzy przy ognisku zaciągają się… marihuaną. Tak czy inaczej pozostaje ona jedynie w cieniu Dziędziela.

Skoro już wspomniałem o scenariuszu, to muszę stwierdzić, że nie jest to najmocniejszy punkt omawianej produkcji. Wiele pojawiających się w niej scen jest zwyczajnie niepotrzebnych, mocno naciąganych, często schematycznych i  niestety powielanych z innych produkcji. Szkoda, ponieważ sam pomysł na tę historię nie był zły. Scenarzystka debiutuje jednak w tej roli, więc zwyczajnie płaci za swoje błędy tzw. frycowe. Inaczej ma się sytuacja kompozytora Jerzego Satanowskiego, który odpowiedzialny jest za ścieżkę muzyczną do filmu. Artysta ten pracował już przy kilku ważnych dziełach i wywiązywał się ze swoich obowiązków wzorowo. Przy „Piątej porze roku” ewidentnie złapał zadyszkę i nie potrafił sprawnie wkomponować elementów audialnych do całości. Te same sekwencje słyszymy w chwilach humorystycznych jak i nostalgicznych, co powoduje brak stworzenia jakiegokolwiek klimatu pozwalającego rozpływać się nad ekranowymi wydarzeniami.

Ukazanie rozterek ludzi w wieku 50+ to świetny pomysł. Szkoda jednak, że zamiast interesującej historii zaserwowano nam kino drogi w najprostszej postaci, dodatkowo  okraszone sztampą. Przez to zamiast uniwersalnego filmu dla każdego, powstała słodka laurka o seniorach i dla seniorów. To właśnie oni podczas seansu będą się świetne bawić, pozostali po pewnym czasie mogą poczuć znużenie. Dlaczego? Ano dlatego, żeby pewne rzeczy zrozumieć należy dożyć do pewnego wieku, lecz nie jest to argument broniący twórców.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
yuma
Yuma – recenzja
zaginiona
Zaginiona – recenzja
wiezajasnydzien2
Wieża. Jasny dzień – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*