pingwinyPojawienie się tego tytułu w kinach było jedynie kwestią czasu. Nieloty najpierw zawładnęły trzema częściami filmu Madagaskar, następnie brylowały w telewizyjnym cyklu Pingwiny z Madagaskaru. Rekordy popularności sprawiły, że Skipper, Rico, Kowalski i Szeregowy doczekali się swojej własnej fabuły. Sami o sobie mówią, że są „elitą wśród elit” – czy równie elitarne są ich przygody na wielkim ekranie?

Tym razem nasi ulubieni bohaterowie zostaną zaatakowani przez szalonego geniusza, ośmiornicę Dave’a. Mięczak będzie chciał odegrać się na czwórce przyjaciół, ci w przeszłości sprawili, iż jego życie stało się bezbarwne. Macki opętanego żądzą zemsty sięgają naprawdę daleko, dlatego też sytuacja przerośnie oczekiwania sympatycznych komandosów – z pomocą im przybędą agenci z tajnej organizacji „Wiatr Północy”. Wspólnymi siłami będą próbować powstrzymać niecne zamiary żądnego wendetty głowonoga.

Każdy, kto choć raz zetknął się z przygodami czterech pingwinów, kombinował i zadawał sobie pytanie: skąd u licha się one wzięły i w jaki sposób trafiły do ogrodu zoologicznego w Central Parku? Film otwiera scena z akcją ulokowaną na Antarktydzie. Swoją drogą mało oryginalne rozwiązanie – geneza ich żywota mogłaby mieć miejsce np. w laboratorium wojskowym. Gdyby ode mnie jednak to zależało, za ich protoplastę wyznaczyłbym… małego węgierskiego naukowca, który dokonuje swoich eksperymentów w garażu. O madziarskich wojażach w serialu często wspomina sam szef nielotów – nie byłoby to wielkie nadużycie. No nic, widocznie zabrakło pomysłu, więc właśnie w lodowej krainie poznajemy Skippera, Rico i Kowalskiego. Szeregowy dopiero ma zamiar się wykluć z jaja, więc początkowo wesołe ptaki tworzą zabawny tercet. Oczywiście, już od najmłodszych lat miały one swój świat, w którym nie było miejsca na schematy. Niestety, twórcy nie byli zainteresowani ukazaniem dalszych losów małoletnich pingwinów, dlatego też w ekspresowym tempie przenoszą je do dorosłego życia. Wprawdzie nawiązują do wątku ze skutej lodem Antarktydy, ale jest on bardzo naciągany. Bohaterowie w kwartecie biorą udział w czynnościach, do których przyzwyczaili swoich fanów – wykonują zadania, które… sami sobie zlecają. Na początek włamują się do Fort Knox, następnie nieoczekiwanie trafiają w łapy złowieszczego Dave’a – dalej akcja nie zwalnia aż do pojawienia się napisów końcowych – nudy podczas seansu nie powinno się odczuwać. Szkoda tylko, że scenarzyści wraz z reżyserami za bardzo skupili się na wymyślaniu nowych postaci, a zapomnieli o potencjale starych, które w serialu stacji Nickelodeon były niezbędnymi ogniwami, wywołującymi u widzów salwy głośnego, niepohamowanego śmiechu. Mam tutaj na myśli oczywiście króla Juliana i jego świtę. Na ekranie pojawia się on zaledwie na chwilę – nie da się ukryć, że zwariowany lemur w swojej krótkiej scence jest zabawniejszy niż wszyscy agenci „Wiatru Północy” razem wzięci. Fakt zmarginalizowania tej postaci może dziwić, ponieważ za kinową wersję kultowego serialu odpowiadają m.in. Eric Darnell i Brandon Swayer – panowie odpowiedzialni m.in. za sukces Madagaskaru. Pingwiny… bez „wyginającego śmiało ciało” są niczym Shrek bez Osła. Tego wybaczyć nie sposób. Sprawą powinni się zająć pradawni bogowie…

Brak wspomnianej perły w koronie powoduje, że kinowa opowieść traci na swojej wartości. Owszem, Skipper, co rusz rzuca kwiecistymi, zrozumiałymi tylko dla niego tekstami, zaś Rico wydobywa z siebie przeróżne przedmioty, niemniej brak tu iskry, która by wywołała wybuch entuzjazmu u widza. A ten może być wymagający. Nie wolno przecież zapominać, że serial oraz film są przeznaczone zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Każdy powinien otrzymać coś dla siebie. Najmłodszych zadowolą z pewnością sceny, w których pingwiny będą pokazywać swoje umiejętności w walkach wręcz. Radość na ich obliczach winna się pojawić również, gdy te zwyczajnie zaczną  skakać, koziołkować, przewracać się. Ich opiekunom rozrywkę zaś zapewnią słowne gry. Mając jednak w pamięci serial, z przykrością muszę stwierdzić, iż jego kinowa wersja została ugrzeczniona. W telewizyjnym cyklu niejednokrotnie padają niejednoznaczne kwestie, które w milusińskich wywołują ciekawość, zaś u dorosłych śmiech i… zakłopotanie, gdy dzieci zaczynają dopytywać się o sens ekranowej wypowiedzi. Poprawność przezwyciężyła ekstremalną rozrywkę – nie da się jej zastąpić piękną kolorystyką, nowymi bohaterami czy trójwymiarem – Pingwiny z Madagaskaru wybijały się ponad inne animacje właśnie swoją bezkompromisowością – kroczyły pod prąd, nie oglądały się na innych. Mogę zrozumieć, że wytwórnia DreamWorks chciała rozgraniczyć serial z filmem, nie potrafię jednak pojąć, dlaczego wybrała najgorszą z możliwych dróg i pozbawiła go tzw. zęba – jak mawia Skipper: „52% słodkości to nadal 48 suchara”.

Po seansie odczuwam niedosyt – mam ochotę zapomnieć o filmie i ponownie włączyć sobie odcinkowe przygody pingwinów. Być może sami twórcy wkrótce pójdą po rozum do głowy i wyciągną wnioski z kinowego spin offu – te nieloty z pewnością zasługują na znacznie lepszą opowieść. Po seansie raport taktyczny Kowalskiego mógłby brzmieć mniej więcej tak: „Matko Boska Częstochowska!”. Skipper dodałby: „Co tu się na koszmary Eisenhowera dzieje?”, Rico zaiste zwymiotowałby bombę, która unicestwiłaby wszelkie kopie z taśmą filmową, a Szeregowy tradycyjnie próbowałby łagodzić obyczaje – „suszymy ząbki panowie” – dodam od siebie…

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
xhmen
X-Men: Apocalypse – recenzja
misskicki
Miss Kicki + Wszystko – recenzja
sierpien
Sierpień w hrabstwie Osage – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*