perfekcjonistaDrugim owocem współpracy Philippe’a Godeau z François Cluzetem jest rekonstrukcja historii współczesnego Robina Hooda. Toni Musulin, Francuz, który ukradł prawie dwanaście milionów euro, po kilkunastu dniach od kradzieży oddaje się dobrowolnie w ręce prawa.

I choć w przeciwieństwie do swojego prawzoru dokonanie Musulina potwierdzają źródła najnowszej historii, jest on już dziś postacią zmitologizowaną nieomal równie mocno jak legendarny śmiałek z lasu Sherwood (przynajmniej nad Rodanem). Dlaczego człowiek szanujący wartość pieniądza dopuścił się kradzieży? Co zrobił z łupem? W końcu, dlaczego zgłosił się na policję?

Wydarzenia, które w 2009 roku rozgorączkowały całą Francję, poznajemy oczywiście w retrospekcji. W końcu wystudiowanej quasi-klamry nigdy dosyć w europejskim kinie. Oto główny bohater, ciężko pracujący, uczciwy, regularnie grabiony i upokarzany przez kierownika konwojent. Praktykuje Krav Magę, ogląda filmy z Pierre’em Richardem i nie przepada za profanowaniem pieniędzy dla rozrywki. Poznajemy go w roli przyjaciela, kochanka, wujka. Zasługa w tym subtelnej interpretacji gwiazdy Nietykalnych, że główna postać ani przez chwilę nie wpisuje się w jakiś błahy, czarno-biały porządek, a bywa momentami naprawdę pociągająca. To byłoby na tyle, jeśli idzie o atuty drugiego pełnego metrażu Godeau.

Twórca Po jednym na drogę obiera bardzo nieśpieszne tempo i względnie jadalny bezład opowiadania. Z początku sprawia to wrażenie konsekwencji reżyserskiej, jednak szybko zaczyna trącić brakami w warsztacie. Oglądając po raz enty nieznośny product placement podczas przejażdżek bohatera nowo nabytym Ferrari, nie sposób nie pomyśleć o przedłużaniu męskości.     I owszem, Godeau służy nam chaotyczną anegdotą o kryzysie wieku średniego, aby dopiero w okolicach półmetku zmienić zamysł i pomieszać heist movie z festiwalową formułą. Od tego momentu filmowi zaczyna doskwierać dolegliwość nieporadnej gospodarki narracyjnej oraz świadomie lakonicznego relacjonowania przygotowań do „skoku stulecia”, tak aby w finale te niejasności spróbowały nas stosownie zaskoczyć. Powiewa zarówno szarzyzną, jak i manierą. A może nawet tylko atrapą maniery? Niełatwo stwierdzić, co jest bardziej dokuczliwe.

Przede wszystkim trudno w filmie sięgającym po matrycę gatunkową znaleźć wytłumaczenie dla aż tak ryzykownego wystawiania cierpliwości widza na próbę. W dalekim od perfekcji Perfekcjoniście dzieje się naprawdę niewiele, a większość raz podjętych zagadnień, jak np. wątek kobiety poznanej w klubie czy wtrącenie przypisu społecznego, szybko się zawierusza. Bardziej oswojony z arthousem odbiorca dostrzeże tu niezdarną pozę. Liczącemu na gatunkową rozrywkę przypadnie natomiast w udziale ziewanie. Niestety, to żaden skok stulecia. To zwykła, nudna malwersacja.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ironsky
Iron Sky – recenzja
wemgle
We mgle – recenzja
boxpulapka
The Box. Pułapka – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*