panizprzedszkola

Nie jest rzeczą prostą zrobić film różnorodny, taki który łączy w sobie kilka form, a przy tym jest spójny gatunkowo. Reżyser bowiem miewa czasem tak wiele pomysłów, że trudno wykorzystać je wszystkie w jednym obrazie. A takiego właśnie zabiegu próbuje dokonać Marcin Krzyształowicz w „Pani z przedszkola”. Z jakim skutkiem?

Filmu tego, głośno reklamowanego jako „komedia, jakiej nie było”, na pewno nie da się jednoznacznie wcisnąć w ramy komedii. Choć elementów zabawnych tu nie brak, to jednak obraz ten bardziej przypomina kino obyczajowe obsadzone w realiach jakże klimatycznych lat 70. Fabuła „Pani z przedszkola” startuje w momencie, gdy dorosły mężczyzna – Krzysztof (w tej roli Łukasz Simlat) zjawia się u terapeuty (Marian Dziędziel) z problemem o charakterze seksualnym i z kozetki rozpoczyna podróż do swojego dzieciństwa. Poznajemy więc jego rodzinkę: Mamę (Agata Kulesza), konstruktora latawców – Tatę (Adam Woronowicz) oraz rygorystyczną Babcię (Krystyna Janda). Następnie zostajemy poprowadzeni przez szereg epizodów i historii z codzienności całej familii, która do pewnego momentu wiedzie całkiem zwyczajne życie, a harmonię tą psuje pojawienie się w ich życiu tytułowej pani z przedszkola (Karolina Gruszka).

Krzyształowicz istotnym wątkiem filmu uczynił relację przedszkolanki z rodziną głównego bohatera i na niej oparł całą fabułę. To właśnie ta historia w założeniu miała być osią produkcji, jednakże wskutek zastosowania zbyt wielu form staje się ona rozmyta i wręcz bezbarwna. Reżyser bowiem serwuje odbiorcy aż nadto swoich pomysłów. Od samego początku wrzuca widza po prostu w sekwencję scen, przez którą narrator prowadzi nas bez jakiegokolwiek porządku. Mało tego, rzeczywistość i faktyczne osądy przeplatają tu się z jedynie wyobrażeniami, a wspomnienia dziecka zmieszane są ze spojrzeniem dorosłego już Krzysztofa. Do tego, od czasu do czasu pojawiają się także wstawki utrzymane w typowo komiksowej konwencji będące fantazjami małego dziecka.

Koniec końców w „Pani z przedszkola” nie jest ani słodko, ani gorzko, przez większość filmu jest za to dosyć nijako. Oczywiście momentami jest tu także zabawnie oraz pikantnie. Jednakże jeśli ktoś szuka tu humoru bardzo prostego i oczywistego to z pewnością się zawiedzie. W tym obrazie humor jest raczej irracjonalny, czasem wręcz czarny, który nie powoduje gromkich wybuchów śmiechu. Z kolei strona erotyczna, dosyć dosadna, pozostawiona została głównie postaciom kobiecym, z Kuleszą i Gruszką na czele, jednak i ta warstwa nie przekonuje.

Skoro zaś o obsadzie mowa to w produkcji Krzyształowicza mamy całą plejadę uznanych aktorów. Co prawda zarówno Gruszka, jak i Kulesza niczym szczególnym tu odbiorcy nie uwiodły (no chyba że, swoimi wdziękami), ale za to warsztatem popisała się Krystyna Janda w doskonałej kreacji do bólu zasadniczej, charakternej i chłodnej Babci. Nie ma też czego zarzucić Adamowi Woronowiczowi, który tym razem pokazał się od tej zabawniejszej strony.

Niestety, minusem obrazu jest jego zakończenie, znów nieostre, bez jakiejś klamry czy puenty, która spinałaby wszystko w całość, ale to też wynik mnóstwa przenikających się w filmie form.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
samotnoscliczbpierwszych
Samotność liczb pierwszych – recenzja
barbara
Barbara – recenzja
wypiszwymaluj
Wypisz, wymaluj… miłość – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*