PanaceumKiedy myślę Steven Soderbergh, w głowie pojawiają się: Erin Brockovich, Traffic, czy trylogia Ocean’s – wybitne tytuły w filmografii tego reżysera. Następną myślą jest gwiazdozbiór aktorski, który niemal każdorazowo pojawia się w produkcji promowanej jego nazwiskiem. Kiedy myślę Soderbergh w pamięci mam również: Epidemię strachu, Ściganą, czy Magic Mike. Pojawia się więc problem, czy kolejne dzieło tego zdolnego twórcy dorówna poziomem pierwszej, czy ostatniej trójce? Żeby się o tym przekonać muszę obejrzeć Panaceum – najnowsze dzieło Amerykanina, które gości na ekranach polskich kin od 19 kwietnia.

Taylorowie są szczęśliwym małżeństwem. Nie widzą świata poza sobą, żyją w luksusie, nie muszą się niczym przejmować. Cała sielanka kończy się w momencie, gdy Martin (Channing Tatum) trafia do więzienia. Wówczas Emily (Rooney Mara) popada w depresję. O pomoc w leczeniu choroby zwraca się do dr Banksa (Jude Law). Ten proponuje jej zażycie eksperymentalnych lekarstw, które mają jej pomóc w odzyskaniu psychicznej równowagi. Kobieta zgadza się na testy, nie wie jednak, że zażywanie antydepresantów na zawsze odmieni jej życie.

Reżyser, który jest także odpowiedzialny za zdjęcia, wraz ze Scottem Z. Burnsem (scenarzystą) ciekawie próbowali pookładać te filmowe puzzle. W pierwszej scenie pokazali, że zależy im, aby to dzieło było tajemnicze, niedopowiedziane etc. Na ekranie widzimy więc kamienicę, do której powoli przybliża nas kamera. Następnie przenikamy do jednego z mieszkań i widzimy w nim przewrócone meble, wraz z rozmazanymi plamami krwi na podłodze. Nie wiemy co się stało, czy doszło tutaj do zabójstwa i kto za nim ewentualnie stoi. Żeby się o tym przekonać musimy poczekać, twórcy wrócą tutaj w dalszej części filmu, lecz wcześniej cofną historię o trzy miesiące, by uzupełnić naszą wiedzę o brakujące informację.

Tajemnicza pierwsza scena, razem z hipnotyzującą muzyka Thomasa Newmana pochłania nas w tę opowieść, dlatego też szkoda, że wraz z pojawieniem się czarnej planszy, intryga ulatuje i powraca dopiero po kilkunastu minutach. Scenariusz przez swoją niekonsekwencje więc nie jest najmocniejszym punktem obrazu Soderbergh. Mieszane uczucia mam także w przypadku obsady. Owszem, tak jak napisałem we wstępie, na ekranie pojawia się kilka dobrze znanych nazwisk, ale nie wszyscy spełnili moje oczekiwania. Najlepszym z gwiazdozbioru wydaje się być Jude Law, który ze swym brytyjskim akcentem i spokojem idealnie pasuje do roli terapeuty osób cierpiących na choroby psychiczne. Jego postać jest niejednoznaczna, z czasem pokazuje swoje inne oblicze. Podobnie jak Rooney Mara, która  znów pokazała, że potrafi wcielać się w trudne osobowości, choć jej  Emily nie jest tak interesującą postacią jak dr Banks. Dwie różne osobowości, dwoje zdolnych artystów, jednym słowem ich relacje są bardzo ciekawym elementem układanki. Do tej dwójki dochodzi jeszcze udana drugoplanowa rola Catherine Zety – Jones (dr Siebert), która dodaje smaczku do opisywanego obrazu. Najsłabszym aktorskim ogniwem produkcji jest zdecydowanie Channing Tatum – Magic Mike po raz kolejny nie przekonał mnie do siebie.

Oglądając nowy film Soderbergha doszedłem wniosku, że w świecie reżysera, życie opiera się głównie na zażywaniu leków. Emily, żona Banksa, a nawet on sam dla lepszego funkcjonowania i samopoczucia łykają tabletki, które mają być tytułowym lekiem na wszystko. W przypadku tej pierwszej, szybko jednak pojawiły się skutki uboczne (Side effects – oryginalny tytuł filmu), które dowiodły, że medykamenty nie zawsze są najlepszym rozwiązaniem. Dodatkowo też odpowiedziałem sobie na pytanie, które nurtowało mnie przed seansem. Najnowsze dzieło Amerykanina nie jest, ani najgorszym, ani najlepszym filmem w jego karierze. Kiedy myślę Panaceum, to widzę przyzwoity thriller psychologiczny, który z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wlepszymswiecie
W lepszym świecie – recenzja
swietaczworca
Święta czwórca – recenzja
holymotors
Holy motors – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*