paktModa na kino gangsterskie minęła dawno temu. Gdzie podziali się ci wszyscy wybitni twórcy, o aktorach już nie wspominając? Ostatnim udanym filmem, utrzymanym w iście bandyckim klimacie, była „Droga do zatracenia” w reżyserii Sama Mendesa. Cztery lata później pewien wybitny reżyser – Martin Scorsese nakręcił „Infiltrację”. Dla wielu to film wybitny, a jakakolwiek negatywna krytyka tego dzieła byłaby nie na miejscu. Na szczęście znajdzie się kilka osób, dla których to tylko zwykły, a wręcz przeciętny obraz. Czytaj – Scorsese bez formy. Gdyby „Infiltrację” wyreżyserował Scott Cooper – twórca „Paktu z diabłem”, mogłaby ona zyskać większą rzeszę zwolenników. Dlaczego? Ponieważ Scorsese ma na koncie o wiele lepsze obrazy, a Cooper nie zrealizował jeszcze niczego, co spowodowałoby ciarki na plecach.

„Pakt z diabłem” opowiada historię Jamesa”Whitey’ego” Bulgera – bostońskiego gangstera, który wchodzi w układ z Federalnym Biurem Śledczym w celu pozbycia się konkurencji działającej na swoim terenie.

Rozpatrując film Coopera pod kątem historii o mafii, widz nie będzie specjalnie zaskoczony kolejnością poszczególnych wydarzeń i efektem końcowym. Natomiast, jeśli przyjrzeć się temu obrazowi od strony opowieści o honorze, zasadach i lojalności, „Pakt z diabłem” broni się w wielkim stylu. Bulger słynął z tego, że nienawidził kapusiów. Każdy, kto popełnił ten niewybaczalny błąd, a mianowicie donosił na kogokolwiek, kończył z kulą w głowie. Inaczej sprawa się ma z informatorami (czytaj – kulturalnymi konfidentami), do których Bulger bez wątpienia należał. Tłumaczył to tym, iż robi to tylko „dla interesu” i w trosce o swoich ludzi. W świecie, w którym rządzą pieniądze, układy i zbrodnia trudno pozostać obojętnym i nie dbać o własną skórę. Niestety niektórzy dbają o nią zbyt mocno.



   
W roli głównej oglądamy Johnny’ego Deppa, który po prawie piętnastu latach serwuje świetną kreację. Po tych wszystkich „Piratach”, Burtonowskich odlotach i kilku niepotrzebnych produkcjach, aktor powrócił na dobrą drogę. Bulger w jego wykonaniu to człowiek bezwzględny, pozbawiony współczucia psychopata, którego dyplomacja ogranicza się jedynie do użycia noża lub broni palnej. Wiele osób zarzuca aktorowi, że zawdzięcza świetną kreację charakteryzacji. Nie dajcie się zwieść, Depp nawet w sukience i warkoczykach pociągnąłby tę rolę w odpowiednim kierunku. Chyba zawarł pakt z diabłem.
   
Drugi plan, z Joelem Edgertonem i Benedictem Cumberbatchem na czele, wypada co najwyżej poprawnie. Postaci przez nich grane są niewyraźne – nie wiemy, co je motywuje, jaki mają cel i co próbują osiągnąć. Na słowa uznania zasługują natomiast Peter Sarsgaard i Juno Temple, których widzimy na ekranie niecałe pięć minut. Tylko tyle czasu wystarczyło im, aby grane przez nich postaci nabrały głębi i charakteru.
   
„Pakt z diabłem” to kino poprawnie zrealizowane, jednak daleko mu do klasyków gatunku. Film wart jest obejrzenia głównie z powodu odtwórcy roli głównej. Oglądanie Deppa to czysta przyjemność. Widać, jak bardzo brakowało mu odskoczni od czysto komercyjnych obrazów. Mając do wyboru „Pakt z diabłem” w kinie a „Drogę do zatracenia” w telewizji – wybieram tą drugą opcję. Nawet „Infiltracja” w domowym zaciszu wydaje się być niezłym pomysłem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
fighter
Fighter – recenzja
mitty
Sekretne życie Waltera Mitty – recenzja
Zabawa zabawa – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*