opowiescGdy aktorzy biorą się za reżyserowanie filmów różnie bywa z efektem końcowym, najczęściej jest po prostu marnie, w lepszym wypadku przeciętnie. W ostatnich latach chyba tylko Benowi Affleckowi z jego „Operacją Argo” i Miastem złodziei” udało się wybić w roli reżysera ponad średnią półkę. Tymczasem na ekranach naszych kin gości „Opowieść o miłości i mroku” z reżyserskim debiutem i jednocześnie główną rolą Natalie Portman. Jak ta aktorka poradziła sobie w roli twórcy?

Zacznijmy od tego, że w „Opowieści o miłości i mroku” Portman postawiła przed sobą nie lada wyzwanie, bo na warsztat wzięła autobiografię znanego izraelskiego pisarza Amosa Oza, a właściwie jego dzieciństwo w dopiero co powstającym Izraelu. Na narodziny tego państwa patrzmy z perspektywy małżeństwa Fani i Arieha Oz wychowujących małego Amosa, chociaż w miarę rozwoju fabuły widzimy, że na pierwszy plan reżyserka wysunęła trochę skomplikowaną, ale przepełnioną miłością relację matki z synem. To właśnie ta relacja osnuta dziwnymi opowieściami Fani i jej depresją oraz echa sytuacji politycznej na terenie Jerozolimy (walki o własne państwo, segregacja) odcisnęły piętno na młodym wtedy Amosie.

Więź łącząca Amosa z matką i rozgrywający się w tle kawałek historii Izraela jest tym najbardziej interesującym wątkiem filmu, jednakże przez realizację nie wciąga aż tak, jak można by się spodziewać. Historia bowiem opowiadana jest bardzo powoli, brakuje w niej jakiegokolwiek tempa, które czyniłoby ją, tak jak sugeruje opis dystrybutora, przejmującą. Zapewne tempo to wynika głównie ze stylu jaki Portman narzuciła swojej produkcji.

Kadry w „Opowieści o miłości i mroku” są raczej eklektyczne – debiutantka sięga po wiele chwytów stosowanych przez innych reżyserów. Część z tych ujęć jest bardzo liryczna, niektóre ocierają się nawet o teatralność, co nie sprzyja dynamice akcji. Za same zdjęcia odpowiedzialny był nasz rodak Sławomir Idziak i to akurat widać na ekranie, bo strona wizualna przykuwa naszą uwagę, cieszy oczy i potęguje melancholijno-mroczny klimat filmu. Na pewno też obraz Portman to jedna z tych produkcji, którą można nazwać kinem artystycznym, niełatwym w odbiorze, a więc takim, które niekoniecznie przypadnie go gustu szerokiej publiczności.

Co zaś do samego stylu tworzenia to po „Opowieści…” ciężko określić w jakim kierunku pójdzie dalej Natalie Portman jako reżyserka. Świetnego warsztatu aktorskiego nie można jej odmówić, co widać również w tej produkcji, ale jej wersja autobiografii Amosa Oza wypada przeciętnie. Nie jest to najgorszy debiut reżyserski, ale i nie wybitny, raczej jak wiele innych debiutów to środkowa półka z ponadprzeciętną warstwą wizualną. Na pewno seans warty uwagi dla fanów Portman i zwolenników kina, w którym na pierwszy plan wybija się forma.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
drugihotel
Drugi Hotel Marigold – recenzja
mustang
Mustang – recenzja
sezonnakaczki
Sezon na kaczki – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*