olimpwogniuPo nieudanej piątej części Szklanej pułapki, z utęsknieniem czekałem na jakiś ciekawy tytuł z gatunku kina akcji, które zapewni mi dużą dawkę porządnej rozrywki. Naprzeciw moim oczekiwaniom wyszedł Antoine Fuqua. Reżyser rewelacyjnego Dnia próby, powraca po kilku latach nieobecności i serwuje Olimp w ogniu – zarzucić temu filmowi można wiele, ale na pewno nie sposób się na nim nudzić.

Tytułowy „Olimp”, to Biały Dom. Pewna organizacja terrorystyczna atakuje właśnie ten najlepiej strzeżony budynek na świecie. Ofensywa kończy się pomyślnie, najemnicy biorą kilku zakładników. Wśród nich znajduje się Benjamin Asher (Aaron Eckhart) – prezydent Stanów Zjednoczonych. Jedynym człowiekiem, który może powstrzymać bandytów, jest były agent Secret Service Mike Banning (Gerard Butler).

Ktoś może stwierdzić, że filmów takich jak ten opisywany było już wiele i nie ma sensu produkować kolejnych. Owszem, konwencja tego typu produkcji jest powszechnie znana. Na początek jest atak terrorystyczny, następnie znajduje się śmiałek, który w pojedynkę walczy z szumowinami i finalnie oczywiście, wygrywa on tę nierówną batalię – cała historia kończy się happy endem. Trudno się z tym nie zgodzić, aczkolwiek w Olimpie… czuć delikatny powiew świeżości. Trzymając się jednak schematów w filmie tym można również odnaleźć wiele odniesień do najbardziej kasowych produkcji tego typu. Mimo iż śmiałek ratujący Amerykę nazywa się Mike Banning, to odniosłem wrażenie, że jest on bratem bliźniakiem Johna McClane’a. Nowy twardziel Hollywood również wdaje się w ironiczne rozmowy z przestępcami, jest odważny, przebiegły i potrafi odnaleźć się w każdej, nawet najbardziej ekstremalnej sytuacji.

Wcielający się w niego Gerard Butler świetnie odnajduje w swojej roli, jest niemniej charyzmatyczny od Bruce’a Willisa. Nie gra on może jakoś nadzwyczajnie, ale jest przekonujący – to się liczy. Plus należy się twórcom także za kilka ciekawych wątków zawartych w scenariuszu, mimo iż ten całościowo prezentuje się przeciętnie. Szczytem marzeń nie są również efekty specjalne, które nie rzadko wyglądają sztucznie i nienaturalnie. Olimp w ogniu, to z pewnością także film bardzo amerykański. Na ekranie pojawiają się hasła typu: „Boże, pobłogosław Amerykę”, czy „Stany Zjednoczone nie negocjują z terrorystami”. Podniosłego tonu dodaje również charakterystyczna muzyka, pojawiająca się m.in. wtedy, gdy na ekranie prezentowana jest flaga USA. Patos, patos i jeszcze raz patos – hollywoodzkie produkcje zawsze są nim przepełnione. Już widocznie taka ich natura…

Mimo schematów i niedoskonałości najnowszy film Fuqua daje widzowi przede wszystkim sporą dawkę porządnej rozrywki, która nie pozwala nudzić się podczas dwugodzinnej projekcji. Mamy zatem strzelaniny, wybuchy, sceny walk itp. Poza tym, obraz ten jest niezwykle aktualny, gdyż ukazany w nim jest konflikt (choć nie do końca polityczny) pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Koreą. Dzięki tym elementom i smaczkom jestem w stanie wybaczyć twórcom wiele niedociągnięć.

Na tle ostatnich kinowych filmów akcji Olimp w ogniu wybija się ponad przeciętność i można go polecić. Zwłaszcza jeśli w kinie zależy nam na  spędzeniu wolnych chwil, które nie będą wymagały szczególnego zaangażowania.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Kłamstewko – recenzja
Człowiek, który gapił się na kozy – recenzja
uncle
Kryptonim U.N.C.L.E. – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*