7336889.3

Utrzymana w tradycyjnym schemacie komedii romantycznej, produkcja w reżyserii Grega Berlantiego, to kolejny dowód na ponadczasowość przyjętych, przez północnoamerykański przemysł filmowy, sprawdzonych rozwiązań.

Dzięki drobnym, a być może nawet – kosmetycznym modyfikacjom, przejawiającym się głównie w dziedzinie doboru aktorów, zmianie miast i dekoracji na skrajnie i ostentacyjnie amerykańskie, dobry scenariusz nie jest potrzebny, a wcześniej sprawdzony, zaadaptowany zostaje na potrzeby nowej publiczności.

Jak wiadomo, znikąd nie dowiemy się o życiu i miłości tyle, co z przesłodzonych hollywoodzkich produkcji, będących afirmacją romantycznych uczuć i idealnym narzędziem, służącym krzewieniu w ludziach wiary w szczęście i dostatek.

I faktycznie. Już kilkadziesiąt minut na filmowej sali wystarczy, aby uwierzyć, że Stany Zjednoczone to obraz sielanki, kraj mlekiem i miodem płynących suburbiów, starannie zadbanych trawników, niekończących się spotkań towarzyskich przy Martini, czy pasm sukcesu na drodze rozwoju własnego interesu.

Bohaterowie postawieni jednak przed niezwykłymi przeciwnościami losu, takimi jak konieczność wyboru koloru ścian do salonu, właściwej odzywki dla dzieci, czy przygotowania kolacji na Święto Dziękczynienia, zawsze wychodzą z opresji cało, stawiając ostatecznie swoje życie na kartę wiecznej miłości i happy endu.

Wtuleni w wygodny kinowy fotel, szeleścimy nerwowo papierkami od cukierków, popijając obfita dawką gazowanego napoju nasze zatrwożenie, objawiające się zawsze podczas sceny pogoni za ukochana osoba na lotnisku wypełnionym rzeszą zajętych biznesmenów i staruszek podróżujących na Florydę.

Co, gdyby nie nadeszło szczęśliwe zakończenie? Co stałoby się gdyby główną bohaterkę tuz przez wejściem na wyznaczony terminal potrącił wózek bagażowy, albo gdyby okazało się, ze filmowy amant tak naprawdę jest transwestyta i dorabia wykonując przeboje Donny Summer na scenie w barze „Błękitna Ostryga”

Zapewne odurzeni widmem amerykańskiego prosperity, lukrowanych muffinów i zawsze przyjaznych dzieciom wielkich żółtych Golden Retriever’ów czekalibyśmy do samego końca postprodukcyjnych napisów, nie wierząc, że nie było ostatniego pocałunku, wyznania wiecznej miłości, niezniszczalnego „i żyli długo i szczęśliwie”.

Zapewne rozczarowani, opuścilibyśmy salę kinową, usuwając bezoperacyjnie ze swojego światopoglądu bezkresną wiarę w amerykańską miłość, romantyczność i istnienie obfitych śniadań złożonych z podsmażonego bekonu, jajecznicy i polanych rozpustną ilością syropu klonowego puszystych naleśników.

Wybierając się na „Och życie” możemy być jednak spokojni. Podczas seansu nie zabraknie oczywiście pewnej dozy zaskoczenia, jaka jest niewątpliwie zbiór kilka prawdziwie udanych i autentycznie dowcipnych scen z udziałem bohaterów drugoplanowych, czy reminiscencji gospodarczego kryzysu objawiających się nieskrępowanym użyciem zwrotów takich jak „kredyt hipoteczny”, czy „nie stać mnie na…” w jednym i tym samym zdaniu.

Czy jednak nie po to decydujemy się na zakup biletu w piątkowe lub sobotnie popołudnie?

Może… w czasach wiecznych zmian i niesamowitej szybkości życia, wstydząc się przyznać przed samym sobą chcemy doświadczyć jednej z niewielu niezmiennych, stałych w swojej prostocie a i dzięki temu pełnych uroku komedii?

Co z tego, że pełen scenariusz odgadujemy juz po pierwszych pięciu minutach, a kwestie słyszeliśmy już w dziesiątkach innych, podobnych produkcji, skoro tylko tutaj życie jest tak słodkie jak czekoladowe ciasteczka  a miłość ta pewna jak „Kevin sam w domu” w świąteczne popołudnie spędzone przed telewizorem.

 

Przeczytaj także inne recenzje z Plastra Łódzkiego!

 

 

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
dzienzzyciablondynki
Dzień z życia blondynki – recenzja
mapadzwiekowtokio
Mapa dźwięków Tokio – recenzja
podranik
Poradnik pozytywnego myślenia – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*